Istnieją zakręty szczególnie obfitujące w zamieszanie - w tej grupie znajdziemy legendarne Eau Rouge i Raidillon na Spa-Franchorchamps, słynną ścianę mistrzów z Montrealu czy nieszczęsne Tamburello na Imoli. Gdzieś pośród takich sekcji nie sposób ominąć bezimienną trójkę z Albert Park, która cyklicznie przyciągała mrożące krew w żyłach wypadki. 

Albert Park, GP Australii 2022, mapa toru w Australii, F1

Tor w Melbourne jest powszechnie lubiany, głównie z powodu wieloletniego otwierania mistrzostw, ale jeżeli spytamy o najbardziej charakterystyczny jego punkt - trudno taki znaleźć. Fani wirtualnej rozrywki prawdopodobnie wskażą szybką sekcję ze słupkiem, dawne T11-T12, obecne T9-T10. Pierwsza szykana też znajdzie swoich fanów. W końcu najsłynniejsza fotografia z toru, czyli szybujący Williams Ralfa Schumachera nad Ferrari Rubensa Barrichello, została wykonana właśnie tam.

Jednak analizując historię wyścigu, począwszy od Grand Prix Australii 1996, to zakręt trzeci zebrał największe żniwo. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że jest tamtejszym killerem. 

Nie ma lepszej okazji do wyprzedzania na Albert Park niż w trójce. Kierowcy wychodzą z pierwszej szykany na pełnym gazie, następnie wkraczają w strefę DRS, więc dojeżdżając do ostrego prawego zakrętu, na liczniku widnieje ponad 300 km/h.

Zbyt brawurowe podejście do wyprzedzania lub zbyt zachowawcze do obrony - trudno określić - spowodowało kilka podobnych i bardzo niebezpiecznych wypadków. Jeszcze częściej dochodziło tam do mniejszych incydentów, które choć niepozorne, to potrafiły zrujnować cały wyścig. 

Sekcja wręcz idealna do wyprzedzania jest w praktyce bardzo skomplikowana. Trudność trójki polega na znalezieniu odpowiedniego punktu hamowania. Prosta kierująca do niej jest delikatnie zakrzywiona w prawo, więc kierowcy mają jedynie ułamek sekundy na wyprostowanie toru jazdy i wyhamowanie - w innym przypadku łatwo o zablokowanie koła. Sprawę dodatkowo komplikują  ciasnota i otaczające gęsto drzewa. W zależności od godziny dojazd do T3 jest często zacieniony, a co za tym idzie - mniej widoczny. 

W dobie wyasfaltowanych poboczy błędy nie przynoszą większych konsekwencji. W omawianym zakręcie sytuacja wygląda, przynajmniej obecnie, zgoła odmiennie - na wyjeździe czekają trawa i żwir. Manewr wyprzedzania musi być pewny i zgodny z duchem fair play - tutaj Verstappen wywieźć Hamiltona, na wzór zeszłorocznej Brazylii lub Arabii, zwyczajnie nie może. 

Nieprzemyślane ataki kończą się bardzo źle. Dobitnie przekonał się o tym Jarno Trulli w 1999 roku. Włoski maszynista kierowca dwukrotnie popełnił ten sam błąd i wyeliminował uderzeniem od wewnętrznej kolejno Damona Hilla i Marca Gené. W 2005 roku podobnie skończył się manewr Nicka Heidfelda na Michaelu Schumacherze.

Sytuacja powtórzyła się raz kolejny w 2007 roku, kiedy David Coulthard przeszarżował od wewnętrznej i o mało nie dekapitował Alexandra Wurza. Szczęśliwie skończyło się tylko na strachu, a wystrzelony Red Bull Szkota minął się z głową Austriaka dosłownie na grubość puszki tegoż napoju.

Gdyby kózka nie skakała... 

Już pierwszy wyścig na Albert Park podkreślił niebezpieczeństwo trójki. Obiekt w Melbourne dołączył do kalendarza Formuły 1 w 1996 roku. W przeciwieństwie do kończącej sezon Adelajdy Melbourne otwierało mistrzostwa.

Zainteresowanie wydarzeniem było ogromne - stawka była całkowicie przetasowana, a tylko Tyrrell pozostawił zeszłoroczny skład! Schumacher od teraz reprezentował Ferrari, za to Jacques Villeneuve jako drugi kierowca w historii zdobył pole position w debiucie. 

FIA podkreślała każdą zmianę podyktowaną zwiększeniem bezpieczeństwa - od tragicznej śmierci Ayrtona Senny minęły dopiero niecałe dwa lata. Nowe konstrukcje różniły się nieco wyglądem, a przede wszystkim otoczeniem kierowcy, który teraz był zabezpieczony nie tylko z tyłu, ale także po bokach.  

Nie w smak serii było już pierwsze okrążenie niedzielnych zawodów. W drugiej połowie stawki doszło do fatalnie wyglądającej kraksy z udziałem Martina Brundle’a (Jordan). Ciąg przyczynowo-skutkowy zainicjował David Coulthard (McLaren), który zbyt mocno nacisnął na hamulec i zarzucił bolid w lewą stronę. McLaren znalazł się tuż przed niespodziewającym się niczego kierowcą Jordana. Brundle nie miał czasu zareagować. Przefrunął nad Coulthardem i Johnnym Herbertem (Sauber). 

- Miałem przed sobą czystą drogę, ale nagle nie było nic poza wolno jadącymi bolidami. Jechałem na pełnym gazie, na szóstym biegu, około 290 km/h, więc dojazdowa prędkość była zbyt duża, abym mógł coś zdziałać. Byłem pasażerem. Skupiłem się tylko na upewnieniu się, że nie uderzyłem się w głowę. Wypadek wydawał się trwać bardzo długo - przyznał Brundle po wyścigu.

Znany obecnie komentator kilkukrotnie przekoziołkował. Gdzieś wśród gęstej chmury pyłu znalazł się przedzielony na pół i kompletnie rozsypany bolid Jordana. Wyglądało to dramatycznie. Wyścig natychmiast zatrzymano. Porządkowi ruszyli do akcji ratunkowej, ale tutaj niespodzianka, bo Martin wyszedł bez szwanku! Wyczołgał się z bolidu, wstał, otrzepał i jak błyskawica pobiegł do alei serwisowej, gdzie miał znaleźć głównego lekarza serii - Sida Watkinsa.

Ten zobaczył, że Brytyjczykowi nic nie jest, więc dał zielone światło na ponowny start w zastępczym bolidzie. Dwa okrążenia później Brundle wjechał w tył Pedro Diniza (Ligier) i wypadł z rywalizacji. 

Z dzisiejszej perspektywy cała sytuacja wygląda groteskowo. Wypadek od ponownego startu dzieliło kilkadziesiąt minut - trochę krótko. Tym bardziej, że mówimy o bardzo silnym uderzeniu. Kolizja z Dinizem była ewidentnie wynikiem braku koncentracji. Martin wyznał po wyścigu, że z jego zdrowiem nie wszystko było w porządku.  

Jak się okazało, Brundle zaczął odczuwać silny ból kostki, kiedy zasiadł za sterami rezerwowego samochodu. Paradoksalnie, nie był to wynik kraksy, lecz... pogoni za Sidem Watkinsem. Kierowca Jordana od lat miewał problemy z tą częścią ciała, którą uszkodził podczas startu w Stanach Zjednoczonych dawno temu. Nie było to nic poważnego, ale z pewnością drażniącego i pouczającego. Parafrazując znany slogan - Biegałeś? Nie jedź. 

Tragiczna śmierć porządkowego 

Znacznie większe konsekwencje przyniósł wypadek z 2001 roku. Ralf Schumacher (Williams) zaliczył kiepski początek wyścigu. Stracił piątą pozycję na starcie i spadał na pierwszych kółkach. To była okazja dla Jacquesa Villeneuve'a (BAR), który nieuchronnie zbliżał się do Niemca na dojeździe do trójki.

Schumacher zahamował zbyt wcześnie - Villeneuve nie zdążył odbić i dosłownie przeleciał przez samochód rywala. Wystrzelony bolid Kanadyjczyka z impetem uderzył w boczną siatkę i sunął po żwirze.  

Po wyścigu Ralf odniósł się do całej sytuacji: - Byłem po wewnętrznej stronie, jechałem swoim torem i uważałem, aby nie zmienić linii jazdy. Zahamowałem i nagle poczułem potężne uderzenie w plecy. Zobaczyłem przelatującego nade mną Jacquesa. Obróciłem się, mając nadzieję, że nigdzie się nie rozbiję.

- Myślę, że Jacques trochę przecenił siebie. Po wyjściu z samochodu podbiegłem do auta BAR, które było kompletnie zniszczone. Ucieszyłem się, że on zdążył już z niego wyjść. 

- Ralf był na środku drogi i nie wiedziałem, po której stronie go wyprzedzić - po wewnętrznej czy po zewnętrznej - opisywał Villeneuve, który zwracał też uwagę na brak koncentracji. - Wciąż zaglądałem do środka, a kiedy spojrzałem na zewnątrz, wtedy zahamował.

Mistrz świata z 1997 roku przyznał również, że wypadek był bardzo silny, a on sam odczuwał dręczący ból pleców, który - jak wspominał na łamach F1TV - ustąpił dopiero po sześciu miesiącach. 

Tuż po incydencie na tor wyjechał samochód bezpieczeństwa. Porządkowi sprawnie posprzątali pozostałości po kraksie, ale neutralizacja nadal trwała. Zarówno widzowie, jak i komentujący Murray Walker, nie wiedzieli, co się dzieje. Dopiero po kilkunastu minutach pojawiła się informacja o trwającej akcji ratunkowej porządkowego. 

Świadkowie zdarzenia relacjonowali, iż mnóstwo części spryskało stojących za siatką ludzi. Koło oderwane z bolidu Villeneuve'a przeleciało przez szczelinę i trafiło stojącego na wprost 52-letniego Grahama Beveridge'a - wieloletniego marshala.

Beveridge został odrzucony i wylądował na plecach z wciąż otwartymi oczami. Uderzenie w klatkę piersiową spowodowało pęknięcie lewej komory serca. Ratownicy natychmiast przybyli na miejsce zdarzenia, ale mimo masażu serca - organ przestał pompować krew, a wkrótce w szpitalu ogłoszono zgon. 

Organizatorzy byli świadomi zagrożenia płynącego z umiejscowienia porządkowego, ale został on poinstruowany o czuwaniu blisko otworu. Uderzenie okazało się śmiertelne. W zdarzeniu ucierpiało jeszcze kilku innych widzów, w tym 13-letni chłopak, który prawdopodobnie również został powalony przez latające koło. Graham zaabsorbował siłę uderzenia i być może uratował życie pozostałych osób. 

Rodzina zmarłego marshala otrzymała od ubezpieczyciela około 180 tysięcy funtów. W listopadzie 2002 roku na ławce znajdującej się naprzeciwko miejsca tragedii umieszczono tabliczkę upamiętniającą Beveridge'a. 

Powtórka z rozrywki 

Łudząco podobne zdarzenie, na szczęście bez udziału osób postronnych, przyniosło otwarcie sezonu 2016. Fernando Alonso błyskawicznie zbliżał się do Estebana Gutiérreza. Na tyle szybko, że nie zdążył zareagować na przedwcześnie hamującego Meksykanina. McLaren dwukrotnego mistrza świata z ogromną siłą uderzył w tył bolidu rywala, a następnie wybił się w powietrze i wylądował wprost na barierce. Dochodzenie po wyścigu wskazało, że Hiszpan w momencie uderzenia zmagał się z przeciążeniem rzędu 46 G.

- Nie wiesz, gdzie się znajdujesz. Po prostu lecisz, a potem widzisz niebo, ziemię, aż tracisz rachubę - opisywał Hiszpan. - Wydostałem się szybko, żeby moja mama, która oglądała wyścig w telewizji, widziała, że wszystko jest w porządku. 

Wypadek był przerażający i sam fakt, że Alonso wyszedł z niego bez szwanku, jest niewiarygodny. Fernando tylko otrzepał swój kombinezon, wziął głęboki oddech i podał dłoń podbiegającemu Estebanowi. Nie miał pretensji o wypadek - to było zdarzenie wyścigowe. 

W strefie wywiadów dawał wrażenie bardzo szczęśliwego. - Ta kraksa pokazuje, że Formuła 1 jest nadal i zawsze będzie niebezpiecznym sportem, ale jednocześnie [podkreśla], jak daleko zaszliśmy z zabezpieczeniami. Jestem wdzięczny, że tu jestem. Szczególnie dziękuję FIA za czuwanie nad bezpieczeństwem. Prawdopodobnie dzięki temu żyję. 

Zdarzenie nasiliło trwającą wówczas debatę nad wprowadzeniem systemu ochrony głowy kierowcy - w głównej mierze znanemu obecnie Halo, któremu wówczas zarzucano utrudnione wydostawanie się z pojazdu.

Były prezes FIA, Max Moxley, stwierdził, że gdyby wypadek miał miejsce w poprzedniej erze, Alonso nie miałby szans na przeżycie. To był moment na oddanie chwały Sidowi Watkinsowi i jego zespołowi, którzy po tragicznych wydarzeniach z Imoli 1994 zmienili oblicza tego sportu. 

Nowa rzeczywistość 

Podczas dwuletniej przerwy spowodowanej wybuchem pandemii wirusa SARS-CoV-2 doszło do całkowitej zmiany charakteru toru Albert Park. Modyfikacje miały na celu przyspieszenie obiektu, zwiększenie jego płynności i ogólną poprawę ścigania. Niewielka metamorfoza nie ominęła omawianej trójki.  

Zakręt został poszerzony od wewnętrznej strony o 4 metry. Szacuje się, że minimalna prędkość pokonywania go w przypadku bolidów Formuły 1 wzrośnie o około 10 km/h. Nie jest to duża różnica, ale pozostaje pytanie, czy łagodniejszy wierzchołek zakrętu nie sprawi, że miejsce straci swój pazur. 

Odpowiedź otrzymamy podczas niedzielnego wyścigu, który, miejmy nadzieję, odbędzie się bez większych problemów, a szeroka lista zdarzeń w trójce nie ulegnie powiększeniu. W końcu wszyscy pragniemy emocji związanych ze ściganiem, nie zderzaniem.