Miami i Los Angeles to dwie kultowe amerykańskie metropolie słynące z pięknych nadmorskich widoków, rozświetlonych panoram i splendoru gwiazd. W pierwszej z nich Formuła 1 dopiero napisze swoją historię w nadchodzący weekend. Sytuacja ma się odwrotnie po przeciwnej stronie kraju, gdzie w przeszłości ścigano się na ulicach Long Beach. 

Wyścigi odbywają się tam nawet dzisiaj, z tą różnicą, że pod szyldem Indycar. Jednak charakter tego drogowego obiektu ulegał gruntownym zmianom na przestrzeni lat. Aktualna konfiguracja wyróżnia się między innymi ciasnym rondem wokół pomnika delfina i ciekawą techniczną sekcją w końcowym odcinku. 

Kiedy Formuła 1 przybyła w pobliże LA, nitka toru wyglądała zgoła inaczej - zawierała bardzo długą i zakrzywioną prostą zakończoną nawrotem oraz znacznie więcej 90-stopniowych zakrętów prowadzących po nierównym terenie. Z dzisiejszej perspektywy można określić dawną pętlę względnie nowoczesną, bo choć uliczna, tak była bardzo szybka - miejscami podobna do znanego obecnie toru w Baku.

Zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych powitało Formułę 1 w 1976 roku. Starania o organizację drugiego amerykańskiego wyścigu trwały co najmniej od kilku lat - duże zainteresowanie generował kanadyjski kalifornijski tor Ontario Motor Speedway, ale nigdy nie udało się sprowadzić tam wyścigu mistrzowskiego. Wybór ostatecznie padł na słoneczne Long Beach, które miało być tamtejszą odpowiedzią na rywalizację w Monako. 

- Myślę, że stworzenie wyścigu w Long Beach było w tej dekadzie największym osiągnięciem sportów motorowych - szumnie wygłosił po pierwszych zawodach legendarny Rob Walker, właściciel prywatnego zespołu Formuły 1, dla którego jeździli między innymi Stirling Moss, Jack Brabham czy Graham Hill.

Rzeczywiście, Zachodnie Grand Prix Stanów Zjednoczonych przyciągało mnóstwo kibiców i zapewniało całkiem dobre widowisko. W odróżnieniu do obecnych czasów nitki uliczne były wtedy rzadkością i ekscytującym dodatkiem do kalendarza mistrzostw, nastawionego głównie na ściganie po tradycyjnych torach. Long Beach cieszyło się ogromną popularnością i wygrana była szczególnie satysfakcjonująca - nawet Mario Andretti podkreślił po zwycięstwie w 1977 roku, że ta wiktoria ucieszyła go bardziej niż w Indianapolis 500.

W sezonie 1979 nie było mocnych na zespół Ferrari. Duet włoskiej ekipy zajął dwie pierwsze pozycje w klasyfikacji generalnej - mistrzostwo zgarnął Jody Scheckter, drugi był Gilles Villeneuve. Ferrari wygrało 6 z 15 wyścigów w tamtym sezonie. Pozostałymi podzieliły się ekipy Williamsa - pięć zwycięstw, Ligiera - trzy, a także Renault - pojedynczy triumf. 

Nowy sezon wniósł jedną bardzo ważną zmianę - Ferrari było koszmarne. W kwalifikacjach straty regularnie oscylowały na granicy dwóch sekund. Przed czwartą rundą w Long Beach Włosi pięć razy wycofywali bolid i raz zostali sklasyfikowane na ostatnim miejscu wyścigu. Mocny początek zaliczyły za to ekipy Williamsa, Renault oraz Ligiera, jak i Brabham, który niedługo przed tym przesiadł się na silniki Forda Coswortha. 

Alan Jones (Williams) otworzył sezon 1980 zwycięstwem w Grand Prix Argentyny. Australijczyk startował do wyścigu z pole position. W kolejnych dwóch rundach najszybszy w kwalifikacjach był Jean-Pierre Jabouille, ale kierowca Renault dwukrotnie musiał się wycofać z powodu usterek. Szczęście sprzyjało za to jego zespołowemu partnerowi - René Arnoux wygrał zarówno w Brazylii, jak i Republice Południowej Afryki. 

Klasyfikacja generalna po trzech eliminacjach wyglądała następująco - René Arnoux prowadził z 18 punktami, a za jego plecami ze stratą 5 oczek znajdował się Alan Jones. Dalej byli: młody i niedoświadczony jeszcze Nelson Piquet (Brabham) - 9 punktów, Didier Pironi (Ligier) - 7 punktów, a także Elio de Angelis (Lotus) z 6 punktami. 

Brutalne realia Formuły 1 

Clay Regazzoni startując w Long Beach był już lekko podstarzałym kierowcą. Urodzony we wrześniu 1939 roku zawodnik miał już czterdziestkę na karku i najlepsze lata raczej za sobą. W przeszłości stanowił absolutną czołówkę Formuły 1 - jeździł twardo, ale skutecznie.  

Zadebiutował w 1970 roku w barwach Ferrari i już w premierowym sezonie zajął trzecią lokatę na koniec kampanii, pomimo dołączenia dopiero od piątej rundy. Od razu stał się czołowym graczem i idolem włoskich kibiców - cztery razy stał na podium w tamtym sezonie, a pierwsze zwycięstwo świętował na Monzy, w świątyni Ferrari. 

Obecność Szwajcara w top 3 nie była niczym dziwnym - w trakcie swojej kariery aż 28 razy wchodził na "pudło", w tym 5 razy na najwyższy stopień. W 1974 roku stoczył bardzo wyrównany bój z Emersonem Fittipaldim o mistrzostwo świata.

Regazzoni w drodze po dominujące zwycięstwo w GP Niemiec 1974

Do ostatniego wyścigu na Watkins Glen obaj podchodzili z takim samym dorobkiem punktowym. Taka sytuacja powtórzyła się tylko raz - zdarzyła się kilka miesięcy temu w kończącym sagę Lewisa Hamiltona z Maxem Verstappenem Grand Prix Abu Zabi 2021. 

W naznaczonym drastycznym i śmiertelnym wypadkiem Helmutha Koinigga wyścigu - Austriak został zdekapitowany po uderzeniu w bariery Armco - Regazzoni zmagał się z serią problemów w swoim Ferrari 312B3 i ostatecznie ukończył zawody ze stratą czterech okrążeń. Czwarte miejsce i trzy punkty Emersona Fittipaldiego wystarczyły do wyłonienia nowego mistrza świata. 

Jednocześnie do Ferrari dołączył Niki Lauda, który już rok później bezapelacyjnie zdominował stawkę, wygrywając tytuł mistrzowski z aż pięcioma zwycięstwami na przestrzeni sezonu. To była detronizacja Claya z roli niekwestionowanego lidera ekipy z Maranello.

Sezon 1976 był pożegnalnym Regazzoniego w Ferrari. Przytłumiony znakomitymi występami Austriaka wspiął się na wyżyny swoich możliwości i w pierwszym wyścigu rozgrywanym na ulicach Long Beach pojechał prawdopodobnie najlepiej w karierze - wygrał kwalifikacje, ustanowił najszybsze okrążenie i dojechał jako pierwszy do mety z przewagą ponad 40-sekund nad Laudą. 

Następne lata spędził w zawodzących zespołach Ensign i Shadow, by w 1979 roku dołączyć do ekipy Franka Williamsa. Tam Regga znowu błyszczał - pięciokrotnie kończył na podium oraz wygrał Grand Prix Wielkiej Brytanii - było to pierwsze zwycięstwo Williamsa w Formule 1. 

W 1980 roku ponownie jeździł dla zespołu Ensign i także tym razem nie był w stanie nawiązać walki z czołówką. W Argentynie nie został sklasyfikowany, w Brazylii musiał wycofać się po awarii jednostki napędowej, a w Republice Południowej Afryki zajął niepunktowaną dziewiątą lokatę. Kolejną rundę stanowiło Zachodnie Grand Prix Stanów Zjednoczonych. 

Kwalifikacje zakończył w doborowym towarzystwie - tuż za plecami Keke Rosberga i przed Emersonem Fittipaldim. Jednak był to czas, kiedy Brazylijczyk jeździł w swoim prywatnym zespole, który był prawdziwą klęską, a Rosberg był za to jego zespołowym partnerem. Ostatecznie Clay Regazzoni był dopiero na dalekim 23. miejscu - piątym od końca. 

Na pierwszym okrążeniu doszło do chaotycznego wydarzenia z tyłu stawki. Dojeżdżając do Queen's Hairpin, kilku kierowców wyjątkowo twardo walczyło o pozycję - wśród nich byli Jochen Mass, Jean-Pierre Jarier, Mario Andretti i Ricardo Zunino. Ostatnia dwójka miała najwięcej pecha, gdyż po zderzeniu musiała się wycofać. Zunino w Brabhamie uderzył w zewnętrzną bandę na wejściu w zakręt i wysiadł z pojazdu. Bolid Argentyńczyka umieszczono na końcu niebezpiecznego nawrotu. 

Ensign N180 zespołu Regazzoniego z sezonu 1980

Regazzoni miał dość ciekawy wyścig, ale bez szans na zdobycz punktową. Na 51. okrążeniu dojeżdżał do nawrotu z prędkością ponad 250 km/h, ale wtedy zorientował się, że coś było nie tak z pedałem hamulca. Szwajcar ratował się, hamując silnikiem, ale było już za późno, żeby uniknąć wyrzucenia z toru. Uderzył w stojący na poboczu samochód Ricardo Zunino i wślizgnął się pod barierę z opon. 

Uderzenie w betonową ścianę było potężne, ale szczęśliwie - biorąc pod uwagę niskie standardy bezpieczeństwa - nie okazało się śmiertelne. Niestety następstwa wypadku były koszmarne - Regazzoni miał poważne urazy kręgosłupa, w wyniku których doznał porażenia kończyn dolnych. Sprawności nie przywróciły nawet 60-godzinna operacja ani intensywna czteroletnia rehabilitacja w szpitalach.  

Clay skończył na wózku inwalidzkim. Miał żal do lekarzy za błędy, jakie poczynili w trakcie akcji ratunkowej. Pretensje dotyczyły zbyt szybkiego podejścia do operacji kręgosłupa i braku jego stabilizacji. Wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku - wracało czucie w kończynach. Niestety po dwóch miesiącach okazało się, że operacji tak naprawdę nie dokończono, a sprawności zawodnika nie uratowano. 

Tak zakończyła się kariera Regazzoniego w Formule 1 - zdecydowanie jednego z najlepszych kierowców, którzy nie zaznali smaku mistrzostwa. Jednak Clay nie opuścił wyścigów nawet po wypadku. W specjalnie zmodyfikowanych samochodach nadal brał czynny udział w zawodach i wielokrotnie wystartował w rajdzie Paryż-Dakar oraz 12-godzinnych zmaganiach na torze Sebring. Później został komentatorem włoskiej telewizji. Zginął 15 grudnia 2006 roku w wypadku drogowym pod Parmą. 

...niech żyje król! 

Nelson Piquet zadebiutował w Formule 1 pod koniec sezonu 1978. Rezultaty były dalekie od zachwytów. W kilku występach za kółkiem Ensigna i McLarena zajmował końcowe miejsca w kwalifikacjach. Przesiadka do Brabhama nieco zmieniła sytuację, ale zanim świat poznał talent Brazylijczyka, musiało minąć trochę czasu. 

Sezon 1979 był rozczarowujący. Z jednej strony Piquet regularnie bił się w kwalifikacjach o pozycje w ścisłej czołówce, ale z drugiej stale był zmuszony do wycofywania się z zawodów. Na 15 wyścigów tylko 4 razy dojechał do mety, w tym raz w punktach. Grand Prix Holandii na torze Zandvoort zakończył na czwartym miejscu, choć należy podkreślić fakt, że ukończyło je tylko siedmiu kierowców. 

Nelson Piquet za kółkiem Brabhama BT49 (1980) 

Znakomicie rozpoczął za to 1980 rok, stając na podium już w pierwszym wyścigu sezonu, kiedy zajął drugą pozycję w Grand Prix Argentyny. W następnej rundzie wycofał się z powodu awarii, ale kolejne punkty dorzucił już podczas zmagań na torze Kyalami. 

W Long Beach na Nelsona nie było mocnych. Brazylijczyk zdominował kwalifikacje, notując najszybszy czas okrążenia z przewagą blisko sekundy nad René Arnoux.

Podczas niedzielnej sesji rozgrzewkowej doszło natomiast do niecodziennej kraksy z jego udziałem. Wyjeżdżając z alei serwisowej, zderzył się z Derekiem Dalym. Nelson został wystrzelony w powietrze i z impetem osiadł na ziemi. Po krótkich oględzinach okazało się, że samochód wyszedł z kraksy bez szwanku. 

Brazylijczyk znakomicie ruszył z pole position i pojechał jeszcze lepszy wyścig. Arnoux próbował wyprzedzić rywala w dojeździe do Queen's Hairpin, ale ten obrał lepszą linię i wyszedł z zakrętu na prowadzeniu. Pozycja lidera nie była zagrożona w żadnym momencie.

Piquet jechał jak natchniony i notował najlepsze czasy okrążenia. Pierwsze zwycięstwo przypieczętował wielkim szlemem - zdobył pole poisiton, prowadził na każdym okrążeniu, zanotował najlepszy czas okrążenia i oczywiście wygrał. To był pokaz opanowania i olbrzymiego talentu, godnego mistrza świata. 

Tylko dwóch kierowców nie zostało zdublowanych w pogoni za zwycięstwem. Byli to Ricardo Patrese (Arrows) i Emerson Fittipaldi - pierwszy brazylijski mistrz świata Formuły 1 (1972, 1974). Piquet co prawda znalazł się okrążenie przed Fittipaldim w trakcie wyścigu, ale w samej końcówce zdecydował się przepuścić dawnego mistrza i oddać w ten sposób hołd swojemu idolowi. Na podium Emerson nie omieszkał chwycić rodaka za rękę, unieść ją w geście triumfu i tym samym przekazać mityczną pałeczkę.  

Do końca sezonu Piquet wygrał jeszcze dwa razy - w Holandii i we Włoszech. Po zawodach na Monzy był nawet liderem klasyfikacji generalnej. Z jednopunktową przewagą ruszył na ostatnie dwie rundy mistrzostw. W Kanadzie zdobył pole position, jednak wycofał się z powodu awarii silnika. Ostatniego wyścigu nie ukończył i to Alan Jones zgarnął koronę, a Nelson zakończył sezon na drugim miejscu.

Ale co się odwlecze, to nie uciecze - Piquet już rok później dołączył do grona mistrzów świata, zdobywając pierwszy z trzech tytułów mistrzowskich.