Rozżarzone od promieni słonecznych uprawy buraka cukrowego w zachodnim Reims przywitały najlepszych kierowców świata podczas piątej rundy sezonu 1953. Grand Prix Francji zapowiadało się niezwykle ekscytująco - nie ze względu na buraki - lecz wspaniałą walkę i potencjalne przełamanie niewiarygodnej dominacji Ferrari z Alberto Ascarim na czele.

Pozornie nieskomplikowany drogowy tor Reims (który opisywaliśmy TUTAJ), zawierający bardzo długie proste, premiował mocniejsze jednostki napędowe aspirującego Maserati z powracającym Juanem Manuelem Fangio. Zanosiło się zatem na starcie tytanów - Fangio i Ascariego, tymczasem zwycięstwo wyrwał pewien brytyjski młodzieniec, którego sukcesy były dopiero melodią przyszłości. 

Okres przejściowy 

Formuła 1 począwszy od 1952 roku organizowała mistrzostwa świata, opierając się na regulacjach Formuły 2. Zmiany były poniekąd wymuszone, gdyż najlepsza w dwóch pierwszych sezonach Alfa Romeo zdecydowała się wycofać z serii w związku z brakiem funduszy na zbudowanie nowego samochodu. Brytyjski koncern BRM próbował zaprojektować bolid oparty na jednostce napędowej V16, ale inicjatywa zakończyła się fiaskiem.

To oznaczało, że stawka ograniczyła by się do zaledwie czterech konstruktorów - Ferrari, Maserati, Talbota, Gordini - i co najwyżej kilkunastu aut bez cienia szansy na walkę z tymi pierwszymi. W międzyczasie zespół Mercedesa postanowił przeczekać burzliwy okres i dołączyć do mistrzostw od sezonu 1954, wprowadzającego zmianę przepisów.  

Zejście kategorię niżej oznaczało w praktyce przejście na samochody wyposażone w 2-litrowe silniki wolnossące. Formuła 2 w tamtym czasie w niczym nie przypominała jej aktualnej wersji. Co prawda pojazdy były wolniejsze, ale lista startowa zamiast premiować rywalizację wśród młodych kierowców, składała się z największych światowych nazwisk. Przystępniejsze konstrukcje pozwoliły na dołączenie do mistrzostw wielu mniejszym zespołom, chociaż walka o tytuł nadal miała być wewnętrznym pojedynkiem Ferrari, które jako jedyne przygotowało nowy bolid na nadchodzącą kampanię. 

Wyłączając wyścig Indianapolis 500 - rozgrywany w ramach mistrzostw Formuły 1, ale na zasadach Amerykańskiego Stowarzyszenia Motoryzacyjnego - Włosi wygrali wszystkie rundy sezonu 1952. To była największa dominacja w historii serii. Alberto Ascari sześciokrotnie stawał na najwyższym stopniu podium. Prawdopodobnie zrobiłby to siedem razy, czyli w każdym wyścigu, ale kiedy Piero Taruffi triumfował na otwarciu w Szwajcarii, Ascari popłynął do Stanów Zjednoczonych, przygotowując się rozczarowującej próby podbicia Indianapolis 500.

Wyścig stulecia - niewiarygodne starcie pokoleń w Reims

Alberto Ascari podczas Grand Prix Holandii 1953

Podobnego scenariusza oczekiwano w 1953 roku, choć tym razem na przeciw Ferrari miał stanąć powracający po wypadku Juan Manuel Fangio. Argentyńczyk reprezentował Maserati i od samego początku stanowił jedyną przeszkodę dla walczącego o drugi tytuł Alberto Ascariego. El Maestro sukcesywnie ruszał z pierwszego rzędu, ale wyścigi kończył bez dorobku punktowego ze względu na awaryjną naturę Maserati A6GCM.   

Model Ferrari “500” był zwinny i prezentował się wyjątkowo dobrze na krętych odcinkach. Długie proste premiowały rywali zza miedzy. W Belgii na 14-kilometrowej pętli Spa-Franchorchamps pole position zdobył Fangio, a tuż za plecami drugiego Ascariego znalazł się inny Argentyńczyk w Maserati - José Froilán González. Krępy kierowca smak zwycięstwa znał jeszcze z czasów Ferrari, w barwach którego wygrał Grand Prix Wielkiej Brytanii w 1951 roku, co było pierwszy triumfem zespołu Enzo Ferrariego. Ostatecznie runda na Spa znowu padła łupem Ascariego, ponieważ obaj Argentyńczycy wycofali się z zawodów.  

Klasyfikacja generalna po czterech rundach - Argentynie, Indianapolis 500, Holandii i Belgii - wyglądała następująco: pierwszy Ascari posiadał ogromną przewagę i miał 25 punktów, drugi Villoresi 13, a trzeci Amerykanin Bill Vukovich posiadał 9 oczek w związku z wygraną w domowym klasyku. Kolejnym punktem kalendarza było Grand Prix Francji na odświeżonym drogowym torze w Reims. 

Bienvenue 

Francuski wyścig powrócił do Reims z przytupem, czyli nowym, bardziej wyrazistym układem toru, rozbudowaną infrastrukturą, charakterystycznym mostkiem Dunlopa, huczną fiestą oraz 12-godzinnymi zawodami samochodów sportowych, mających przedzielać sobotnie treningi kwalifikacyjne od niedzielnego wyścigu Formuły 1. Organizatorzy chcieli w ten sposób uczcić okrągłe czterdzieste Grand Prix Francji, a przy okazji korespondencyjnie konkurować z największym krajowym wydarzeniem motoryzacyjnym - Le Mans. 

Krwisto-czerwone Ferrari wystawiło cztery samochody wyposażone w nowe dwugardzielowe gaźniki. Za ich sterami zasiedli: aktualny czempion Alberto Ascari, mistrz z sezonu 1950 Nino Farina, doświadczony Luigi Villoresi oraz utalentowany i młodziutki - 24-letni - Mike Hawthorn. Rok wcześniej zauroczył on Enzo Ferrariego waleczną postawą w słabym Cooperze oraz zyskaniem miana "best of the rest".

Hawthorn wyróżniał się w stawce zdominowanej przez blisko 40-letnich wyjadaczy. Po pierwsze jeździł fantastycznie, a po drugie nie dało się go pomylić ze względu na bardzo jasne blond włosy. Został też pierwszym Brytyjczykiem od 1937 roku, który dołączył do zagranicznego zespołu.  

Chociaż wszystkie znaki wskazywały na nieznaczną przewagę Maserati, tak Ferrari skrzętnie korzystało z lepszych i wydajniejszych hamulców, pozwalających na bardziej agresywne podejście do zakrętu. Alberto Ascari uzyskał w treningach najlepszy rezultat z przewagą 0,3 sekundy nad Gonzálezem, który w tamtym momencie korzystał z pożyczonego samochodu od Felice Bonetto. Psim swędem to właśnie Włoch otrzymał prawo do startu z drugiej lokaty.  

Pierwszy trzymiejscowy rząd uzupełnił Luigi Villoresi. Zza pleców atakować miał argentyński duet Maserati - Fangio i González. Czołową ósemkę zamknęli Nino Farina, Mike Hawthorn i trzeci z południowoamerykańskich przedstawicieli Maserati - Onofre Marimón. 

Wyścig stulecia - niewiarygodne starcie pokoleń w Reims

Juan Manuel Fangio i José Froilán González

Po kilku godzinach przerwy kibice wrócili na obiekt, by obserwować nietypowy start jakże emocjonującego wyścigu długodystansowego. Miało być wyjątkowo, więc początek zaplanowano na północ. Ciemność utrudniała jazdę, obserwowanie, nawet sędziowanie. Kiedy większość kierowców zjechała do alei serwisowej. Nikt nie przejmował się regulaminem, mówiącym o ograniczonej liczbie mechaników pracujących przy samochodzie - podbiegali wszyscy, panował chaos, a oficjele walczyli z kurzą ślepotą. 

Duet Ferrari, złożony z Umberto Maglioliego i Piero Cariniego, prowadził bezapelacyjnie z dużą przewagą, ale elektryka w samochodzie szwankowała i kierowcy od 4:30 podróżowali bez zapalonych przednich świateł, co było wbrew regułom, które wymagały oświetlania drogi przynajmniej do piątej rano. Tipo 375 stale traciło moc i kiedy znalazło się w boksach, mechanicy musieli własnoręcznie rozpędzić maszynę - to także było zabronione. Sędziowie nie ugięli się przy kolejnym występku i zdyskwalifikowali Włochów. 

Rozsierdzony szef zespołu przez blisko godzinę licytował się z dyrektorem zawodów, zarzucając naciąganie zasad oraz interpretowanie ich bez ładu i składu. Do kompletu brakowało już tylko wysłania mu emaila, a następnie wyrzucenia z pracy, ale - jak pokazała historia - co się odwlecze, to nie uciecze. Zalecił on swoim kierowcom dalszą jazdę, nie zważając na wystawiane czarne flagi.

Po oburzeniu, gwizdach i niemiłych okrzykach zgromadzonych kibiców zdecydowano się jednak wycofać samochód, ale w zamian Ferrari wystosowało groźbę, która mówiła, że skład nie pojawi się na starcie wyścigu Formuły 1. Potwierdził to sam Enzo Ferrari, ale ostatecznie zakończyło się na pogrożeniu palcem. Atmosfera uspokoiła się chociaż na chwilę i brytyjski zespół Jaguara, reprezentowany przez Petera Whiteheada i Stirlinga Mossa, mógł świętować prestiżowe zwycięstwo. 

Objawienie gwiazdy

Równo o 15:00 czasu lokalnego rozpoczął się spektakl, okrzyknięty wkrótce "wyścigiem stulecia". Najżwawiej ruszył González, za którym ustawili się gęsiego Ascari, Villoresi, Fangio, Hawthorn, Bonetto, Marimon i Farina. Maserati wystawiło Argentyńczyka z mniejszym zapasem paliwa. Taka strategia pozwoliła na skuteczny start oraz dyktowanie tempa wyścigu.

Po kilkudziesięciu okrążeniach przewaga Gonzáleza wynosiła ponad 20 sekund, ale czekała go jeszcze wizyta w boksach i dotankowanie samochodu. Gdyby współcześni mechanicy obsłużyli zjeżdżającego do alei serwisowej Argentyńczyka, to zapewne utrzymałby prowadzenie, ale ówczesne standardy odstawały pod wieloma względami. Długi, ponad 20-sekundowy pit-stop pozwolił na wyjazd za plecami piątego rywala. 

Na późnym etapie wyścigu González jeszcze włączył się do rywalizacji w czołówce, ale po jego zjeździe na czele wyklarowała się grupa złożona z Fangio, Ascariego i Hawthorna. Całkiem niespodziewanie to aktualny mistrz świata zaczął tracić dystans. Mike pędził jak natchniony i tylko Fangio potrafił studzić jego zapał.

Ich rywalizacja na torze przypominała starcia herosów - prowadzenie wędrowało z rąk do rąk. Publiczność dziczała na widok tasujących się bolidów Ferrari i Maserati. Nic dziwnego - na nawrocie doszło nawet do bezpośredniego kontaktu między rywalami, a chwilę po tym dublowali oni inne samochody, jadąc poboczem niczym wiele lat później Mika Hakkinen i Michael Schumacher wokół niewinnego Ricardo Zonty! 

Ascari i González korzystali na zamieszaniu z przodu, odrabiając cenne sekundy. Byli zdeterminowani i nie zważali na mijanych maruderów. Wykorzystywali każdy kawałek toru, a ich postawa przypominała wychylających się na mecie sprinterów. Chociaż dojechali do prowadzącego duetu na dystans pozwalający czuć opary z rury wydechowej, tak nie byli w stanie wyrwać losów zwycięstwa. Tamtego dnia główna scena przewidywała tylko dwóch artystów tego fachu. 

Wyścig stulecia - niewiarygodne starcie pokoleń w Reims

Mike Hawthorn w objęciach Juana Manuela Fangio po Grand Prix Niemiec 1957

Wydawało się, że decydujące okaże się nieporównywalnie większe doświadczenie Fangio, ale Hawthorn był nieustępliwy. Niczym Max Verstappen w zeszłorocznych bataliach z Lewisem Hamiltonem wpychał się pod łokieć weterana, który co rusz znajdował lepsze sztuczki. Anglik rozpoczął ostatnie okrążenie, mając przewagę długości bolidu. Następnie zawodnicy koło w koło pokonali wszystkie zakręty prowadzącego do tego ostatecznego, gdzie lepszą pozycję na dojeździe miał Fangio. 

Hawthorn postawił wszystko na jedną kartę - teraz albo nigdy! Opóźnił hamowanie tak, jak tylko się dało i - zapewne odmawiając naprędce pacierze - łudził się wyprzedzić rywala. Tak też się stało! Podopieczny Ferrari wyszedł z Virage Thillois z minimalną przewagą i w drapieżnej pogoni przechytrzył samego Juana Manuela! 

Na metę wpadli w trójkę w towarzystwie błyskawicznie zbliżającego się Gonzáleza. Całe top 3 przefrunęło pod główną trybuną w najmniejszym możliwym odstępie. Powyścigowy raport orzekł, że Hawthorn wygrał z przewagą 1 sekundy nad Fangio i 1,4 sekundy nad Gonzálezem. Czwarty Ascari stracił około 4,6 sekundy. To był jeden z najbardziej wyrównanych bojów w dziejach Formuły 1.  

Tłum otoczył niedowierzającego Anglika. Wszyscy wspólnie chwycili jego samochód i odprowadzili do alei serwisowej, gdzie miejsce miała dalsza część celebracji. Wręczono wielki laurowy wieniec, butelkę najlepszego szampana, drogocenne trofeum i dziesiątki gratulacji. Blisko 3-godzinny thriller musiał odcisnąć piętno na organizmie Mike'a, ale w obiektywach fotoreporterów jawił się tylko piękny, szczery uśmiech przystojnego młodzieńca.

Ładowanie danych