Formuła 1 może być zmuszona do delikatnego skrócenia wyścigów w sezonie 2027, jeżeli będzie chciała wprowadzić zmiany, które zmienią kłopotliwy podział mocy na 60-40. Sprawa dotyczy zbyt małych rozmiarów baków paliwa i chęci uniknięcia modyfikacji strukturalnych komponentów. Jednocześnie wokół regulaminowych poprawek, mimo niedawnego ogłoszenia FIA, panuje mała niepewność.

Po Grand Prix Miami doczekaliśmy się ogłoszenia wstępnie zatwierdzonych zmian na sezon 2027, dzięki którym seria odejdzie od obecnego podziału mocy, czyli około 50-50. To właśnie tu leży przyczyna wielu tegorocznych zawirowań i dziwactw, jakie sport napotkał w pierwszych miesiącach mistrzostw.

Przed rundą w Kanadzie serwis The Race przekazał jednak, że sprawa wcale nie jest taka oczywista. Co prawda FIA w swoim komunikacie pisała o „jednogłośnym zobowiązaniu do wprowadzenia zmian”, a sam fakt przesłania takiego stanowiska sprawiał wrażenie, jakby reszta była raczej formalnością, ale najwyraźniej nie stała za tym jednogłośna postawa.

Zobowiązanie może i istnieje, lecz z doniesień wynika, że producenci mają mieć różne interesy i nie zgadzać się ze sobą co do terminu zmian. Mercedes i Red Bull nie mają problemów z sezonem 2027, bo posiadają dobre jednostki. Po drugiej stronie są szczególnie Ferrari i Audi.

Włosi opierają się na tym, że przy takich zmianach nie zdążą skorzystać na procedurze ADUO (czyli łatwiejszej ścieżce rozwoju dla słabszych silników), a przecież od dawna otwarcie wyrażają swoje nadzieje na zyskanie w tym obszarze. Niemcy argumentują to byciem ciągle na etapie nauki Formuły 1 i dodatkowymi wydatkami, nawet rzędu 10 milionów dolarów.

W Montrealu w ten weekend mają odbywać się kolejne rozmowy na ten temat, bo do przepchnięcia korekt regulacji potrzeba poparcia czterech producentów. W międzyczasie okazało się natomiast, że przynajmniej jeden z problemów, które pojawiły się w związku z poprawianiem regulaminu, został rozwiązany, choć w kontrowersyjny sposób.

Delikatnie skrócone wyścigi F1? 

Informacja sprzed kilkunastu dni została przyjęta z entuzjazmem przez kibiców, ale kryły się w niej pewne kruczki. Postawiono na stosunkowo proste rozwiązanie, czyli zwiększenie przepływu paliwa oraz ograniczenie systemu ERS. Nie było zaś pewne, czy dorzucenie paru kilogramów do baków nie sprawi ekipom bólu głowy.

Na piątkowej konferencji szefowie zostali zapytani o ten aspekt, w tym potencjalne rozwiązanie w postaci skrócenia wyścigów. Alan Permane z Racing Bulls wyjawił, że F1 może pójść w tym kierunku, chcąc uniknąć ponoszenia dodatkowych kosztów przebudowy szkieletów bolidów.

- To prosta sprawa. Jeśli chodzi o chassis, rozmawialiśmy już i doszliśmy do porozumienia z szefami. Jeżeli ktoś chciałby zachować chassis również na 2027 rok, a [po zmianach] nie byłby w stanie pokonać wyścigu na dystansie 310 km [długość to najmniejsza liczba okrążeń, która przekracza 305 km], to musielibyśmy wskazać wybrane rundy i w ramach absolutnej konieczności skrócić je o jedno czy dwa okrążenia, ograniczając jednocześnie rekonesans. Oczywiście zmaksymalizowalibyśmy długość, ale ten pomysł jest na stole i jest gotowy do wykorzystania - powiedział Brytyjczyk.

Inni szefowie, Andrea Stella i Laurent Mekies, nie dodali szczególnie istotnych rzeczy. Szef Red Bulla zaznaczył tylko, że tarcia dotyczą momentu wejścia w życie zmian, a nie kwestii chassis.

Zdaniem The Race inną opcją było poluzowanie limitu wydatków i pozwolenie na budowę nowych komponentów. To jednak miało okazać się nieopłacalne.

Serwis pisze też, że tzw. rekonesans zostałby ograniczony aż do jednego kółka. Okrążenia dojazdowe to nie to samo co okrążenie rozgrzewkowe (formation lap), które oglądamy przed samym startem. To przejazdy wykonywane przed zaparkowaniem aut na prostej, na tzw. gridzie. Kierowcy na 40 minut przed wyścigiem przejeżdżają przez aleję i zapoznają się z torem przez 10 minut. W nowym wydaniu wykręciliby po prostu jedną pętlę.