Po kontuzji Isacka Hadjara Liam Lawson ponownie wskoczył do bolidu Red Bull Racing i dostał okazję na odkupienie się po błyskawicznej degradacji z zeszłego sezonu F1. Weekend na Zandvoort jak na razie idzie mu nieźle, a zdaniem kierowcy bierze się to z paru powodów, m.in. charakterystyki czy poziomu rozwoju generacji 2026.
To zaledwie trzecia runda królowej motorsportu, podczas której Lawson jest reprezentantem stajni z Milton Keynes. Dwie poprzednie, GP Australii 2025 oraz GP Chin 2025, zakończyły się słabiutkimi wynikami oraz natychmiastowym powrotem do Racing Bulls.
Ponowne wejście Lawsona do Red Bulla, tym razem bez przygotowań, było trudną sytuacją, aczkolwiek jednocześnie dawało szansę na udowodnienie czegoś. Oczywiście zeszłoroczna decyzja szefostwa zestarzała się po prostu słabo i została podjęta przez ludzi, których nie ma już w zespole, ale w Formule 1 bardzo trudno dostać drugą szansę od tej samej ekipy.
Nowozelandczyk znalazł się jednak w tym położeniu i pokazał się nieźle. Co prawda w piątek kierowcy nie udało się wyjść z SQ2, ale 11. miejsce po godzinie przygotowań oraz strata zaledwie 115 tysięcznych do Maxa Verstappena już w sobotnich kwalifikacjach to coś w pełni akceptowalnego. Naturalnie różnice mogą być nieco wypłaszczone m.in. przez krótki tor, aczkolwiek zawodnicy po prostu znaleźli się obok siebie, na P7 i P8.
- To świetna sprawa, bo jakoś zawsze wiedziałem, że w innych okolicznościach tamten sezon poszedłby inaczej. Być może teraz i wy, i ludzie na zewnątrz, możecie to zobaczyć - skomentował Lawson.
Dramat Lawsona miał kilka przyczyn
Dobry wynik sprawił, że 24-latek po sobotniej rywalizacji został wypytany o to, dlaczego tym razem poszło mu tak wyraźnie lepiej. Jego zdaniem stoi za tym kilka niefortunnych rzeczy, które nałożyły się na siebie. Dotyczy to m.in. poziomu rozwoju obecnych maszyn czy nawet tego, jak problematyczny był model RB21 w marcu 2025 roku.
- Różnica polega na tym, że wrzucasz samochód w zakręt i wiesz, co on zrobi. W zeszłym roku bolid był na takim limicie, przynajmniej na początku sezonu, że jeśli od razu nie wyczułeś tej granicy, to okrążenie było zrujnowane. Teraz składa się na to znacznie więcej czynników.
- W zeszłym roku było też ekstremalnie ciasno w tabeli, bo tamte samochody na koniec cyklu regulacji były w pełni rozwinięte. Ogólnie jeździło się nimi trudno, a poza tym nigdy wcześniej nie byłem w Melbourne i w Chinach. Do tego w Szanghaju mieliśmy sprint. Wiele zdarzyło się w trakcie tych dwóch weekendów. To nie pomogło, a potem tyle z tego było.
- Sporo się nauczyłem, również o samym sobie. W zeszłym roku zakładałem, że dostanę więcej czasu. Chciałem dostosowywać się do tego, co Max miał w bolidzie. Gdybym jeździł dłużej, dopasowałbym się do auta. Natomiast przed obecnym weekendem miałem tak po prostu znacznie więcej wyścigów F1 na koncie. Mam także trochę więcej doświadczenia, którego mogłem użyć w przygotowaniach.
Mnóstwo różnic w bolidach
Opisując, jak model VCARB 03 różni się od RB22, Lawson stwierdził, że podobna jest tylko jednostka napędowa. To właśnie znajomość silnika oraz maszyny nowej generacji jest uznawana za najważniejszy argument w tym, dlaczego Red Bull sięgnął po kierowcę, który jeździ w tym roku na pełen etat, a nie rezerwowego.
- Najlepiej mogę to opisać tak, że każda rzecz, z wyjątkiem jednostki napędowej, wydaje się inna [niż w Racing Bulls]. To, w jaki sposób działa kierownica, a jak na to reaguje bolid. Podobnie z balansem, prędkością w szybkich sekcjach... Wszystko jest inne.
- Złapanie tempa w tak krótkim czasie było ogromnym wyzwaniem, ale celem naturalnie musiało być poprawianie się przez weekend. Wszyscy zrobili świetną robotę, abym czuł się jak najbardziej komfortowo w kokpicie. Mam wrażenie, że wycisnąłem z auta praktycznie wszystko. Jako kierowcy mamy mnóstwo wiary w siebie, więc bez wielkich oczekiwań starałem się jak najlepiej przygotować. Wiedząc, jakie są osiągi tegorocznego bolidu, chciałem być jak najbliżej Maxa i uczyć się na podstawie tego, co on robi. To poszło dobrze.
Yuki Tsunoda mógł rzucić na tę sytuację jeszcze inną perspektywę, jako że wcześniej nie jeździł tą generacją.
- To inny samochód, kompletnie inny. Weźmy np. wyczucie hamulca. Usiadłem w symulatorze VCARB i pierwszą rzeczą, którą wyczułem, było to, że hamując tak jak w zeszłym roku, od razu kończyłem na ścianie. Chodzi o takie rzeczy jak siła nacisku, limity. Wszystko jest inne, szczególnie gdy docisk różni się tak bardzo - tłumaczył Japończyk.
- Do tego dochodzi kwestia zarządzania energią. Przecież nagle twój bolid zwalnia, a do tego nie jest łatwo się dostosować. Ja zrobiłem jakieś cztery testy starymi maszynami i miałem sporo do nadrobienia, lecz uważam, że dopasowałem się szybciej, niż oczekiwałem. Jestem dość zadowolony z tego, jak mi poszło.
- Szczerze mówiąc, nie stawiałem sobie żadnych oczekiwań. Słyszałem, jakie problemy mieli inni kierowcy, gdy w Bahrajnie po każdym okrążeniu widziałeś więcej dymu niż słońca. Podchodziłem do tego tak, że na każdym kółku muszę unikać dużych błędów, np. wyjazdów poza tor. Po prostu musiałem to jak najszybciej załapać. Pomogło też to, że bolid Racing Bulls jest całkiem niezły, ma dobry balans.
Verstappen nie jest zaskoczony
Co ciekawe, solidną postawą tych, którzy na Zandvoort są w nowych dla siebie samochodach, nie był zdziwiony Max Verstappen. Jego zdaniem nowe przepisy sprawiają, że w czasówkach można łatwiej złapać prędkość i nie odstawać tak wyraźnie.
- Jest tak szczególnie w kwalifikacjach. W tych samochodach o wiele łatwiej znaleźć limit, bo w paru miejscach nie masz baterii i wszystko staje się łatwiejsze. Ten weekend pokazał to dość dobrze w porównaniu z poprzednią generacją. Dla mnie to nie jest niespodzianka. Widzimy przez cały sezon, że każdy jest w granicach jednej czy dwóch dziesiątych, a gdy ma bardzo słabą czasówkę, to jest trzy dziesiąte z tyłu. Różnice zawsze są małe - mówił Holender.

