Esteban Ocon i Ayao Komatsu są mocno niezadowoleni z rozdmuchanej plotki, wedle której kierowca mógłby nawet nie dokończyć tego sezonu F1. Obaj zgodnie przyznali, że są to kompletne bzdury, a szef Haasa naprawdę nie przebierał w słowach.
Kilka dni temu spore zasięgi w mediach społecznościowych zrobiła plotka o konflikcie Estebana Ocona z Ayao Komatsu, który mógłby skutkować wyrzuceniem zawodnika jeszcze przed zakończeniem mistrzostw. Choć doniesienia nie trafiły na największe branżowe serwisy, to poniosły się po tych mniejszych oraz po różnych kanałach.
Była to dość dziwna sytuacja. Media powoływały się na znaną brazylijską dziennikarkę z dużym doświadczeniem, Julianne Cerasoli. Gdy temat zaczął robić się bardzo gorący, ta napisała na portalu X, że mówiła o czymś innym.
- Dla wyjaśnienia wszelkich ewentualnych błędów w tłumaczeniu: Mówiłam o sytuacji Rafy Camary w Haasie w kontekście 2027 roku, a także o tym, że Komatsu skrytykował już Ocona publicznie. Nie słyszałam absolutnie NIC o żadnym konflikcie z Miami i nie wypowiadałam się o tym - napisała Brazylijka.
Mimo tego mleko się ewidentnie rozlało, a wątek nie spodobał się przedstawicielom Haasa. Ocon, który rozmawiał z dziennikarzami jako pierwszy, przeplatał w swoich wypowiedziach irytację oraz rozbawienie tym zajściem.
- To jakieś kompletne pieprzenie głupot. W artykule, który widziałem, z Ayao zrobiono Ryo Komatsu, a to akurat całkiem zabawne. Była mowa o jakiejś wielkiej kłótni w Miami. To jakiś nonsens. Wszystko to zostało zmyślone i jest jakąś bzdurą. Przyszedłem do tego zespołu właśnie dlatego, że znam Ayao od dawna i mam z nim świetny kontakt. Zawsze tak było. Nie dzieje się nic z tego, o czym pisano. To nieprawda.
- Ten wątek konfliktu z Miami jest szalony. Mieliśmy trudny weekend, usiedliśmy i przedyskutowaliśmy różne sprawy, m.in. kwestię poprawienia się. To była normalna rozmowa. Nie wiem, kto to wymyślił, ale obyśmy tu na siebie nie wpadli, bo będzie grubo.
- Nawet tego dokładnie nie czytałem. Wy, zgromadzeni tutaj, jesteście dobrymi dziennikarzami i weryfikujecie swoje źródła. Nie sądzę, że osoba, która napisała tamten artykuł, jest tutaj. Szkoda, lecz nie czytałem tego. Jak tylko zobaczyłem Ryo Komatsu, to wiedziałem, że nie muszę tego robić.
Dopytany, czy takie zamieszanie ma swoją cenę, odparł: - Staram się na to nie patrzeć, ale gdy bez powodu staje się to tak wielkie, to trzeba się zaangażować. Nasz zespół musiał to zrobić i zrozumieć, skąd to wyszło. Szybko jednak, po rozmowie z prawdziwymi ludźmi, stało się jasne, że to bzdury.
- Robi się dużo łatwiej, gdy wewnątrz taka historia jest klarowna. Ze mną wszystko w porządku, choć też jestem człowiekiem i odczuwam ten wpływ. Moja rodzina odczuwa, moi sponsorzy. To rozczarowujące, że można tak uderzyć w reputację kierowcy w ciągu 2-3 dni, gdy nie ma się żadnych podstaw. I tacy ludzie nie ponoszą żadnych konsekwencji. Obrzucą cię g***em i nadal wszystko jest w porządku.
Szef Haasa i mnóstwo epitetów
Znacznie ostrzejszy okazał się Komatsu, który ani trochę nie powstrzymywał się od łaciny podwórkowej. Momentami można było odnieść wrażenie, że niektóre określenia dokładał aż nadprogramowo, aby tylko wzmocnić wypowiedź.
- Szczerze mówiąc, nie wiem, skąd to się wzięło. Nie wiem, czy ta brazylijska dziennikarka była w ogóle odpowiednio zacytowana. Nie wiem, to było oparte na niczym. Totalne bzdury. Jeżeli ktoś chce to pisać, to proszę bardzo. Ale do k***y, taki ktoś jest dziennikarzem? Nie wiem, to straszne - mówił Japończyk.
- Nie miałem nawet jednej kłótni z Estebanem w Miami. To niesamowite, jak takie kompletne pieprzenie potrafi zostać rozdmuchane. A potem, bo przecież nikt nie sprawdza źródeł, każdy na tym jedzie. I to ma być dziennikarstwo? To jakieś p*******nie.
- To tylko strata czasu. Esteban wie, że nie było żadnej kłótni w Miami, a przynajmniej nie doszło do tej konkretnej rzeczy. Dziś rano tylko się z tego śmialiśmy i zastanawialiśmy się, o co tu, k***a, chodzi. Powiedziałem, że wyjaśnię to wszystkim wprost: Totalne g***o, totalne pieprzenie.
- Nie wiem, czy wiecie, ale jako dziecko chciałem być dziennikarzem. Konkretnie dziennikarzem śledczym. I jak czytam takie coś, to myślę: No k***a, czy wy nie macie wstydu, gdy piszecie takie coś? Nie tracicie wiarygodności przez takie pierdoły? Dla mnie każde media, które poszły za tą bzdurną historią, straciły wiarygodność. To nawet nie tak, że przekręcili moje słowa, tylko nie mieli żadnych faktów, niczego. To nie ma nic wspólnego z tym, co mówiłem, bo niczego nie mówiłem. Niesamowite.

