Charles Leclerc i Lewis Hamilton nie zgadzają się ze sobą po GP Włoch 2026, które rozpoczęli od bardzo ostrego starcia i wizyty siedmiokrotnego mistrza F1 w żwirze. Ferrari wydaje się coraz bardziej płonąć od środka, szczególnie że Hamilton bezpośrednio pokazał już palcem na Freda Vasseura.

Scuderia ma za sobą straszny weekend na Monzy, a sam wynik, czyli P6 Hamiltona, to być może jej najmniejsze zmartwienie. W sobotę i niedzielę ponownie dały o sobie znać jej problemy operacyjne oraz wewnętrzne tarcia między kierowcami. 

Wyścig był kumulacją wszystkiego, co złe, a na domiar złego Leclerc zaliczył poważny wypadek w Parabolice, po którym wydawał się być obolały. 

- Kark jest okej. Chodziło o wzrok. Nie widziałem zbyt dobrze na prawe oko, ale teraz wszystko jest okej. To martwiło mnie najbardziej po wyjściu z bolidu. Potem czułem trochę bólu tu i tam, lecz to normalne po takiej kraksie. Nic więcej.

- Wykonamy pewnie jeszcze kilka dodatkowych badań, aby mieć pewność, że wszystko jest w porządku przed Madrytem. Tak powinno być, ale lepiej dmuchać na zimne - tłumaczył Leclerc.

Pytany, czy to może Piastri sprawił, że pojechał nieoptymalną linią, odparł: - Nie powiedziałbym, że to było problemem. Między pierwszym a drugim okrążeniem wystąpiły pewne zmiany w sposobie dostarczania mocy. Przyjrzymy się temu. Nie chcę komentować, dopóki na sto procent nie sprawdzimy danych. 

- Jasne, że teraz mogę myśleć [o byciu ostrożniejszym], ale zanim powiem coś więcej, chciałbym sprawdzić, czy wszystko po naszej stronie było okej. 

Konflikt w Ferrari?

Poza samym wypadkiem najważniejszym wydarzeniem dnia dla Scuderii było pierwsze okrążenie, które podsyciło poczucie, że w Maranello rozgrywa się jakaś zakulisowa wojna o status.

To właśnie w sekcji 1-2 doszło do ostrego starcia kierowców, które Hamilton skończył w żwirze. Leclerc uważa, że zbyt ostry okazał się i atak Lewisa, i wypchnięcie go na pobocze. 

- Nie wiem, kto odpowiada za tę narrację, że jesteśmy nastawieni przeciwko sobie. Po Zandvoort było już za dużo gadania o tym. To prawda, że tutaj przesadziliśmy, najpierw Lewis w zakręcie nr 1, a potem ja w zakręcie nr 2. Chciałem pojechać jak najciaśniej, ale to nie wystarczyło.

Hamilton widzi to inaczej. Gdy zapytano go o tę wypowiedź, rzucił: - Byłem z przodu na wierzchołku. To nie "my" [przesadziliśmy].

- Ja nie ścigam się w brudny sposób. Zawsze ścigałem się czysto, uczciwie i zostawiałem miejsce. To nie mną [zespół] powinien się przejmować. Przyszedłem tutaj i starałem się z szacunkiem zostawiać miejsce. Trzymam się tego i tylko o tym mogę mówić, bo dotyczy to mnie. Jeżeli chodzi o drugą stronę garażu, musicie pytać Freda, podobnie jak o decyzje. Ja będę dalej naciskał, aby się poprawiać.

Hamilton pokazuje na Vasseura

Brytyjczyk już wczoraj zaznaczał, że ekipa powinna przemyśleć podejście do zarządzania zawodnikami i przekazywania sobie informacji. Teraz jednak poszedł o krok dalej i wskazał, że za takie rzeczy odpowiada szefostwo, a trudno oczekiwać poprawy, gdy historia znowu się powtarza.

- Wszystko zaczyna się na samej górze i dopiero wtedy idzie niżej, te decyzje. To zaczyna się od Freda. Jest ograniczona liczba rzeczy, jakie możesz powiedzieć. Tak samo z naciskaniem i walką z przodu... Wczoraj wspomniałem, że musimy patrzeć na naszą komunikację. Jeżeli będziemy robić to samo, będziemy mieć takie same wyniki, a ciągle mamy takie same. Musimy coś zmienić, bo to nie pomaga nam iść dalej. Myślę, że oni [zespół] są na to otwarci i dobrze to przyjmą.

Nastawienie Hamiltona dało się również wyczuć w kwestii potencjalnego gonienia rywali. Choć Lewis regularnie rzuca formułki o dawaniu z siebie wszystkiego, to tym razem zaznaczył, że jego wysiłki to za mało.

- Dziś straciliśmy sporo miejsc, a potem dużo punktów do nich [do Mercedesa]. Jest za późno na pewne decyzje, o wiele tygodni za późno. Mogę tylko próbować dawać z siebie wszystko. Dziś jestem strasznie rozczarowany. Nasi ludzie w fabryce dają z siebie wszystko, lecz wczoraj nie spisaliśmy się odpowiednio, podobnie jak dzisiaj. Jest trudno. Ja daję z siebie sto procent, ale to czasem nie wystarcza. Inne elementy też muszą do tego dołączyć. 

- Gra się do końca, choć nie wiem, ile tracimy. Jakieś 60, 70 punktów? Przy tym, jakie tempo mają, trudno będzie to odrobić. Wiedzieliśmy, że będą szybcy na prostych, tylko aż głowa pęka od tego, jak mocni byli. Mercedes zwyczajnie nam uciekał. Dziś zabrakło nam prędkości na prostych. Max miał swój świetny silnik, a Mercedes... w zasadzie taki sam.