Nadszedł moment, kiedy musisz wziąć sprawy w swoje ręce i opuścić ciepły kurwidołek- prawdopodobnie takie słowa wypowiedział Greg Maffei do Stefano Domenicaliego, kiedy rozmawiali o zmianach w kalendarzu. Włoch wziął to sobie do serca i widzimy pierwsze tego skutki.

Las Vegas to przyszłość i czas się z tym pogodzić. Tak samo musimy zrozumieć, że europocentryzm w Formule 1 odchodzi w zapomnienie, a klasyczne obiekty wyścigowe będą coraz mniej pożądane przez władze sportu.

Czy istnieje lepsze miejsce do ścigania się po ulicach niż Las Vegas Strip o godzinie 22? Odpowiedź jest krótka - nie. Neony, hotele, wszystko ociekające pieniędzmi. W formie zaprezentowanej przez Liberty Media jest to jak jakaś fantazja prosto z filmu.

Nikt jeszcze kilka lat temu nie mógł przypuszczać, że to się uda. Jednak wzrost popularności w USA pozwolił na wyścig marzeń. Ten deal będzie kamieniem milowym dla FOMu i naprawdę myślę, że mamy przed oczami Monako nowej ery.

„The future is now, old man”, czyli Vegas nowym Monako

Od wielu lat podajemy w wątpliwość ściganie się ulicami księstwa. Jego prestiż oczywiście nie pozwala nam myśleć o tym z czystym sumieniem i ja się nie dziwię. Tylko realnie, podobnie jak w Vegas, prawdziwy wyścig odbywa się tam w sobotę i nazywa się "kwalifikacje". Z jednej strony krzyczymy ciągle, że jest za mało wyprzedzania i emocji z walki na torze, a z drugiej rzucamy się Rejtanem w obronie GP Monako. Może czas powiedzieć sobie dość?

I ja wiem, że to już niedługo. Jeszcze nigdy nie było o tym tak głośno i nie wydawało się to tak bardzo realne. Monako płaci mało, nie dostarcza emocji, a jego funkcja już jest tylko reprezentacyjna. Fajnie jest się pokazać jako celebryta na gridzie ze względu na splendor. Ale co nas trzyma przy tej rundzie poza historią? Nie zrozumcie mnie źle. Pewnie będę marudził i wściekał się w podcaście, ale ta racjonalna strona zaczyna dochodzić coraz bardziej do głosu.

Nie ma chyba lepszej lokalizacji, która może zastąpić tor znad Lazurowego Wybrzeża, szczególnie gdy mówi się, że z kontraktem jest średnio, a Liberty samo wepchało się na The Strip. Las Vegas to miasto nazywane światową stolicą rozrywki. My w centralnej Europie łapiemy to nieco mniej niż jej zachód, ale to nic złego. Wyścig w Nevadzie to prestiż i idealne miejsce na taki event.

Nitka dosłownie otoczona kasynami i hotelami. Dziesiątki rozrywek dookoła, a Grand Prix będzie samiutką wisienką na torcie niesamowitego weekendu. Dźwięki plastikowych żetonów, ruletki i wielkich artystów dodadzą temu wszystkiemu splendoru. Amerykanie, pewnie nie tylko, rzucą się na bilety. Nawet na przykładach Austin i Miami sami widzicie, że Jankesi potrafią sprzedać coś. Poza tym samo Vegas bardzo mocno rezonuje. Każdy kojarzy miasto na środku pustyni.

„The future is now, old man”, czyli Vegas nowym Monako

To wydarzenie zresztą idealnie wpisuje się w wizję, która roztaczała się nad F1 już jakiś czas temu. Liberty Media miało być chętne do torów ulicznych w dużych miastach. Łatwe pieniądze, emocje i dużo większa wygoda dla kibica przyjeżdżającego specjalnie na wyścig. W jakim sensie? Poszukajcie sobie noclegu na Grand Prix Austrii w tym roku na Bookingu albo Airbnb - zrozumiecie.

To też daje zupełnie nowe możliwości, a tor w Las Vegas jest przykładem, że można zrobić to inaczej niż na samych kątach prostych. Jasne, to nie będzie najbardziej emocjonująca trasa w kalendarzu. Z drugiej strony ma wszystko, co dostarcza nam możliwości wyprzedzania w obecnej F1, przynajmniej dopóki tak mocno bazujemy na DRSie. 

Poza tym Formuła 1 nigdy nie sprzedawała się tak dobrze. To też trzeba wykorzystywać i trudno się dziwić, że Liberty to robi, że samo organizuje ten event. Pewnie czeka nas rotowanie torów, bo trudno sobie wyobrazić to inaczej. Chętnych jest więcej niż miejsc, szczególnie przy obecnym Concorde Agreement.

Możemy spodziewać się, że pojawi się jeszcze kilka obiektów ulicznych (pewny jest już Katar), a część z nich, także z tych normalnych, będzie się ze sobą wymieniać. Już mówi się, że to jedyna opcja na pozostanie np. Francji. Liberty ma teraz czas, aby zarobić jak najwięcej, dlatego można zrozumieć myśli Stefano o 30 wyścigach w sezonie. To się pewnie nie stanie, ale posiadanie F1 w swoim kraju znowu jest hot. 

„The future is now, old man”, czyli Vegas nowym Monako

Należy zrozumieć, że Europa przestaje być pępkiem królowej sportów motorowych. Produkt w końcu stał się światowy na taką skalę, jakiej oczekiwano. Kwestią czasu będzie powrót do Afryki, a nie wykluczałbym zwiększania wpływów za wielką wodą (rotacje, cztery GP w USA?).

Hej, to jest biznes. Ameryka to ogromny rynek, a dodatkowo rosną nam jeszcze Chiny, które dostały swojego kierowcę. Czasy, gdzie ponad połowa kalendarza składała się z rund na Starym Kontynencie, odchodzą bezpowrotnie. Tak samo jak nietykalne tory. Jeżeli wyścig przestanie mieć sens biznesowy przez słabe ściganie, to po prostu zostanie wyeliminowany.

Rynek się zmienił. Teraz to Formuła 1 ma wszystkie karty w ręku. I czy nam się to podoba, czy nie, nadchodzi mała rewolucja.