Coś ciekawego dzieje się wokół Christiana Hornera i Ferrari. Były szef Red Bull Racing w F1 wydaje się być chętny na to, aby założyć wkrótce czerwoną koszulkę, a wręcz sam wyszedł po nią przed szereg. Fred Vasseur jest za to zamieszany w wewnętrzną wojnę w Scuderii, a plotki z GP Azerbejdżanu 2026 wskazują, że jego pozycja nie musi być tak mocna, jak sugeruje przedłużona w zeszłym roku umowa.

Ostatni okres nie jest łatwy dla Ferrari. Zespół nie wykorzystał sprzyjających sobie torów, na których nie stanął nawet na podium, a podczas GP Włoch doczekał się ostrego starcia swoich kierowców, medialnego pożaru i wypłynięcia doniesień o wewnętrznej wojence o władzę.

Taki stan rzeczy trwa już kilka tygodni, ale teraz doszło do niego coś wyjątkowego, a wręcz wyjątkowo mocnego. Christian Horner udzielił bardzo interesujących wypowiedzi dla The Times i praktycznie wprost zaoferował się Scuderii jako przyszły szef. 

To zaskakujący rozwój wydarzeń, jako że do tej pory Brytyjczyk rozważał raczej wejście do ekipy w roli... drugiego Toto Wolffa, swojego wielkiego rywala, którego znacznie trudniej zwolnić, jako że jest nie tylko szefem, ale i współwłaścicielem. To jedyna rzecz, jakiej nie osiągnął w Red Bullu, a jednocześnie stojąca za tym, iż dało się go wyrzucić z dnia na dzień. 

- Zawsze byłem pracownikiem. Przez 21 lat siedziałem na pit wall i nie muszę do tego wracać. W tym momencie mojego życia jest jeden zespół, dla którego zaakceptowałbym zatrudnienie bez bycia udziałowcem. 

- Czy rozważyłbym Ferrari? To przecież największa marka w Formule 1. To marzenie i prawdopodobnie śpiący gigant F1 - mówił Horner, który żartował nawet z pasowania do czerwonego koloru.

Horner rozpoczął grę. A Ferrari?

Jeżeli takie słowa nie są bezpośrednim zaoferowaniem się komuś, to trudno znaleźć inne, które byłyby. Wszelkie plotki z ostatnich miesięcy łączyły Hornera właśnie z rolą udziałowca i/lub szefa. Gdy przewijał się temat takich marek jak Aston Martin, Alpine czy BYD (w formie nowego projektu), nie przewidywano zwykłego zatrudnienia. Zrobił to sam zainteresowany, co też nie jest bez znaczenia.

Horner to specyficzny człowiek, ale przy jego komentarzach istnieje w sumie jedna zasada: nigdy nie mówi nic przypadkowo. Zawsze, gdy chodziło np. o kierowców, zmiany w składzie, politykę czy kontrowersje, potrafił subtelnie przepchnąć swój przekaz do mediów. Gdy nie był subtelny, miał w tym ewidentny interes i chciał wywołać szum, grając zainteresowaniem dziennikarzy.

W tym przypadku zapewne chodzi o opcję nr 2. Ferrari kolejny raz po rewolucji technicznej musi zadawać sobie pytania o to, co dalej. O ile zespół wszedł w nową erę z impetem, innowacyjnością i ciekawym projektem, o tyle ciągle popełnia te same błędy co przez ostatnie lata. Nie pomaga też fakt, że różni ludzie chcą rozgrywać ekipę i "ciągnąć w swoją stronę", choć akurat to może stworzyć dla Hornera tzw. moment zmiany. On sam wie, że jest dobry i umie wygrywać, w tym wygrywać z Mercedesem. Być może dlatego zagrał taką kartą w tym wywiadzie.

Ferrari miało dużo wiary w Vasseura. Francuz okazał się lepszym szefem, niż można było przypuszczać po jego pracy w Sauberze. Poradził sobie z pit stopami, pozwolił na innowacyjność i ściągnął ciekawych ludzi. Wynikowo nie zdziałał jednak niczego specjalnego, a nie ma takiego nazwiska, aby uznać go za gwarancję wygrywania. Co więcej, 2026 rok uświadamia, jak ważne jest posiadanie kogoś, kto politycznie umie postawić się Toto Wolffowi. Vasseur, choć próbował, nie odniósł tu większych sukcesów, a dodatkowo z Austriakiem łączą go po prostu przyjacielskie relacje. 

Scuderia odnowiła kontrakt ze swoim szefem w wakacje 2025. Miało to miejsce już po zwolnieniu Hornera i zostało uznane za wyraźne zamknięcie drzwi, co zresztą dziś przypomina włoski AutoRacer. Ten sam portal wskazuje jednocześnie, że nie ma dowodów, aby Ferrari podjęło decyzję o wprowadzeniu zmiany na szczycie. Z drugiej strony serwis PlanetF1 podaje, że wiele źródeł zdradziło coś zupełnie innego.

- Przygotowano już grunt pod plan sukcesji w Ferrari, który miałby być wcielony po tym sezonie. W ten sposób Vasseur powróciłby do życia na mniej eksponowanym szczeblu i skupił się na osobistych priorytetach. Sugeruje się, że scenariusz zakładający tzw. honorowe rozstanie został przedstawiony Vasseurowi do zaakceptowania. Wyniki i dynamika zespołu mają być tylko jednym z czynników branych pod uwagę przy tym pomyśle - czytamy w artykule.

W AutoRacerze pojawia się za to inny i niezwykle interesujący wątek. Chodzi o potencjalne mistrzostwo Kimiego Antonellego, Włocha, ale nie we włoskim zespole. Naturalnie byłoby ono ogromnym wydarzeniem, lecz zdaniem dziennikarzy akurat dla stajni z Maranello to raczej niekomfortowa sprawa. Przy obecnym układzie na rynku transferowym tylko Horner mógłby zostać bombą, którą dałoby się porównywać z tym osiągnięciem.

Problem i rozwiązanie w jednym

Na tym etapie sytuacja może być dynamiczna, choć w ferraryjskich sprawach AutoRacer jest zwyczajnie numerem 1 pod kątem wiarygodności. Poza tym trwa weekend wyścigowy, więc ktoś może chlapnąć coś w piątek, a ktoś inny dorzucić swoje trzy grosze w sobotę. 

Ważne jest też to, że jedno nie musi połączyć się z drugim. Plany i doniesienia mediów to jedno, a chęci Hornera to drugie. Ferrari zresztą ciągle ma w rękawie szefa programu WEC, Antonello Colettę, a nawet obecnego zastępcę Vasseura, którym jest Jerome d'Ambrosio. Przyjście Hornera byłoby czymś o gigantycznym kalibrze i wymagałoby ogromnych zmian, szczególnie że Brytyjczyk lubi mieć wszystko pod własną kontrolą. Nie bez powodu to takie zarzuty stawiano mu na koniec przygody z RBR. Tutaj doszedłby do tego aspekt kulturowy, praca w innym środowisku i pod inną presją.

- Nigdy nie dostałem jasnych wyjaśnień, innych niż to, że ich zdaniem zaszedł delikatny spadek wyników zespołu. Tyle tylko, że przed zwolnieniem byliśmy na pole position i prowadziliśmy w GP Wielkiej Brytanii, które pewnie wygralibyśmy, gdyby nie pogoda. Oni chcieli iść w innym kierunku. Gdy naprawdę naciskałem, a przecież miałem jeszcze sześć lat kontraktu, to powiedziano mi, że był to bardziej Christian Horner Racing, a nie Red Bull Racing - mówił Horner.

Z innych słów Christiana wynika, że on sam czuje się chętny i gotowy do powrotu, a przede wszystkim do postawienia się szefowi Mercedesa. W rozmowie z The Times podkreślał to bardzo wyraźnie, w zasadzie robiąc z siebie jedynego człowieka, którego stać na poskromienie rozbrykanego teraz Wolffa. Wskazywał też na swoją motywację i odbiór.

- Idzie mu łatwo, gdy mnie tam nie ma. Dlaczego miałby chcieć mojego powrotu? Prawdopodobnie dam mu popalić bardziej niż ktokolwiek inny.

- Potrzebujesz powodu, aby wstawać codziennie z łóżka. To niezdrowe, gdy go nie masz.

- Jeżeli po 14 miesiącach poza sportem ciągle mówi się o mnie, to znaczy, że nadal jest zapotrzebowanie. Może nie byłem tak nielubiany. 

Pytany wprost, czy pojawi się w stawce w przyszłym roku, odparł: - Nie wiem. Sam jestem i problemem, i rozwiązaniem.

- Przychodzi jednak taki moment, gdzie konkurencyjność zespołu przebija te egoistyczne sprawy. Jestem w bardzo korzystnej sytuacji, bo mogę sobie pozwolić na to, aby wybrzydzać. Mogę sobie żyć przez tyle lat, ile tylko mi tu zostało, a przejmować się jedynie tym, czy będzie padać i czy trawa będzie zielona. Natomiast czy to da mi spełnienie? Nie. Czuję, że został mi jeszcze jeden taniec. Ktoś musi w końcu trochę powk****ać Toto.