Max Verstappen i Isack Hadjar zaczynają mieć spore pretensje do zespołu, który kolejny raz zawodzi w kwestii tak podstawowych rzeczy jak komunikacja radiowa czy starty. Choć Red Bull nie stracił przez to zwycięstwa we wczorajszym wyścigu F1 w USA, to obaj kierowcy domagają się reakcji.

Po znakomitych wynikach Red Bulla w ostatnich rundach oczekiwania przed wyścigiem w Teksasie były duże. Sobotnie kwalifikacje potwierdziły dobrą dyspozycję stajni z Milton Keynes i wydawało się, że Andrea Kimi Antonelli będzie musiał odpierać ataki Maxa Verstappena, wspieranego przez Isacka Hadjara.

Tak się jednak nie stało, ponieważ  kolejny w tym sezonie zawodnicy Red Bulla mieli słabe starty, aczkolwiek to nie było jedyną bolączką zespołu, któremu coraz mocniej doskwierają również problemy z komunikacją radiową. W Singapurze ekipa nie słyszała Verstappena, choć mimo tego udało się jej sięgnąć po zwycięstwo. Podobne trudności powróciły w niedzielę w USA, wywołując frustrację obu kierowców. Hadjar wyścigu wyjaśnił, że przez takie niedociągnięcia stracił trochę czasu.

- Kiedy mam problemy z komunikacją radiową, to nie słyszę, co się dzieje, na przykład podczas pobytu w alei serwisowej. Potem wyjeżdżam z boksów z niewłaściwym ustawieniem mapy silnika i tracę sekundę na każdym okrążeniu na twardych oponach.

- Sprzęgło wymaga przeprojektowania, ponieważ obecnie jest zbyt delikatne i nie radzi sobie dobrze z temperaturami. Wykonuję całą procedurę perfekcyjnie, a mimo to sprzęgło przekazuje zbyt duży moment obrotowy. Takie rzeczy, na które kompletnie nie mam wpływu, zaczynają mnie już naprawdę wkurzać - mówił Francuz.

Równie krytyczny wobec powtarzających się problemów był Max Verstappen, który nie krył frustracji związanej z kolejną awarią komunikacji radiowej: - To nie był drugi raz. Ja już nawet nie wiem, który to raz w tym roku. Może powinniśmy po prostu zacząć porozumiewać się językiem migowym. Prawdopodobnie byłoby to również tańsze. To katastrofa. Tak, to po prostu katastrofa. Szczerze mówiąc, jest to naprawdę frustrujące.

Do problemów Red Bulla odniósł się naturalnie Laurent Mekies, który przyznał, że zespół wciąż nie zna przyczyn usterek komunikacji radiowej. Szef stajni podkreślił także, że poprawa startów wymaga poważniejszych zmian konstrukcyjnych, a ich efekty będą widoczne dopiero w przyszłym sezonie.

- Gdybyśmy rozumieli przyczynę tych problemów, to już byśmy je rozwiązali. Nie wiemy więc do końca, dlaczego wciąż nas one dotykają. Muszę przyznać, że konkurencja radzi sobie pod tym względem lepiej od nas, ponieważ oczywiście możemy słuchać komunikatów radiowych wszystkich zespołów. My natomiast zmagamy się z tymi problemami znacznie częściej, niż byśmy sobie tego życzyli - mówił Mekies.

- Jest trochę prawdy w tym, co mówi Isack. Wszyscy jesteśmy sfrustrowani tym, że już drugi wyścig z rzędu zmagamy się z problemami z komunikacją radiową. To bardzo utrudnia wszystkim pracę, dlatego rzeczywiście chcielibyśmy rozwiązać ten problem możliwie jak najszybciej. To element, który powinien działać prawidłowo, ale bez konieczności poświęcania mu zbyt wiele naszej energii.

- Pod tym względem Isack ma więc rację. Kwestia startów jest jednak nieco bardziej skomplikowana do rozwiązania, ponieważ osiągi podczas ruszania z miejsca zależą praktycznie od wszystkich działów naszej firmy, być może z wyjątkiem działu aerodynamiki. Chodzi o silnik, skrzynię biegów, sprzęgło i wiele innych elementów.

- Choć zmniejszyliśmy stratę do konkurencji, a być może pamiętacie, jak słabe były nasze starty na początku roku, to nadal nie wyznaczamy standardów w tym obszarze. Z drugiej strony doskonale zdaję sobie sprawę, że nie staniemy się liderem przed końcem sezonu. Będzie to wymagało istotnych zmian konstrukcyjnych i sprzętowych, a ich efekty zobaczymy dopiero w przyszłym roku.