Kierowcy Formuły 1 są niezadowoleni z jazdy bolidami obecnej generacji po legendarnym Spa-Francorchamps. Jedno z najlepszych wyzwań w kalendarzu zostało zrujnowane przez nowe przepisy, które wymagają wyjątkowo dziwnego pokonywania tej ekscytującej nitki.

Wizyta królowej motorsportu w Belgii to jeden z najtrudniejszych testów dla nowych regulacji. Tor, który powinien pokazywać piękno bolidów F1 w szybkich łukach, a także wynagradzać odwagę oraz ryzyko kierowców, stracił swój urok ze względu na to, iż jednostkom napędowym brakuje energii. Szybka jazda wymaga więc skupienia się na ładowaniu i ograniczaniu wydatków energetycznych, a nie na wrzucaniu maszyn w zakręty na granicy przyczepności.

Tegoroczne przepisy były już wielokrotnie mieszane z błotem i zapewne jeszcze trochę im się dostanie, szczególnie gdy nadarzy się okazja. Właśnie to stało się w sobotę, bo zawodnicy odczuli, że jeden z ich ulubionych torów kompletnie zatracił swój charakter. 

- Nikt z nas nie cieszy się kwalifikacjami tak jak w poprzednich latach. To jasne, że straciliśmy sporo w tych bolidach na Spa. Jednocześnie jednak nie chcę ciągle lekceważyć mojego sportu, bo wiem, że to nie przyniesie niczego dobrego - stwierdził Carlos Sainz.

- Wszyscy wiemy, że to nie jest wystarczająco dobre i musi się zmienić. Zmieni się, będzie ewoluować. Mam nadzieję, że następny sezon okaże się krokiem w dobrą stronę, podobnie jak kolejny. 

- Z drugiej strony ktoś widział symulacje w 2022 i 2023 roku, a potem nie powiedział, jak w ogóle możemy to zaakceptować. Ta osoba musi zobaczyć, co się stało, bo to nigdy nie powinno było się wydarzyć. Inna sprawa, że ostatecznie nadal tu jesteśmy i mamy ekscytujące wyścigi, a sport ciągle rośnie. 

Prawdopodobnie największy krytyk obecnych regulacji, Max Verstappen, również nie chciał kolejny raz wyżywać się na Formule 1, choć ostatecznie i tak użył mocnego porównania do kategorii juniorskiej. 

- Przez większość drugiego sektora polegasz na silniku, więc co to ma być? 450 koni, może 500? Coś takiego, czyli mniej więcej poziom Formuły 3, ale z dociskiem F1. Możecie sobie wyobrazić, że nie jest to zbyt ekscytująca jazda - mówił Holender.

- Ale szczerze mówiąc, nie chcę siedzieć tu i znowu narzekać, bo prawdopodobnie wyjdę stąd i ktoś mnie zastrzeli. Jak mówiłem, mentalnie po prostu dostosowuję się do tego i staram się wyciągnąć sto procent, nawet jeśli nie jest to coś, co lubię czy kocham w Formule 1. Mógłbym co prawda siedzieć w domu i nie jeździć niczym, aczkolwiek to nie pomoże, więc po prostu daję z siebie wszystko.

W język nie gryzł się też Oscar Piastri, który bardzo kreatywnie podszedł do opisu jednego z bardziej ekscytujących łuków.

- Zakręt Pouhon był okropny, chociaż może lepiej nazywać to wygięciem prostej, bo w zasadzie nie jest to już zakręt. Szkoda, bo zawsze była to świetna sekcja i miejsce, w którym szło mi dobrze - opowiadał Australijczyk.

- To dziwne, jak inne są pewne rzeczy w tym roku. Podobnie wygląda to z mocą, którą mamy na wyjściach. W wielu częściach toru jedziemy tylko na silniku spalinowym. Z jednych zakrętów wypadasz i masz 1000 koni, a w innych to tylko 550-600, czy ile tam ich jest. Trudno się połapać. To większe wyzwanie w wielu obszarach, ale Spa stało się inne niż w poprzednich latach.