George Russell wytłumaczył, dlaczego po kwalifikacjach F1 w Brazylii był tak wściekły na zespół. Przez pomyłkę Mercedesa uciekło mu zwycięstwo w kwalifikacjach na Interlagos.
Brytyjczyk w rozgrywanej na mokrym torze czasówce prezentował się fantastycznie i mógł wykręcić najlepszy czas w walce o pole position. Co prawda to osiągnięcie nie zostałoby zapisane w jego statystykach z uwagi na silnikową karę cofnięcia o 5 miejsc, ale P1 to ostatecznie P1 i ciut lepsza pozycja na starcie.
To prawdopodobnie Russell był najszybszym zawodnikiem w Q3, o czym po sesji mówili też przedstawiciele innych ekip. Jego najbardziej konkurencyjna próba została jednak przerwana przez napotkanie rywala i interwencję zespołu, a jakby tego było mało, zbiegło się to z nadejściem mocniejszych opadów deszczu, przez które chwilę później przyczepność nie pozwalała już na odnotowanie poprawy.
28-latek nie przyjął tego zbyt dobrze. W transmisji mogliśmy usłyszeć, jak bardzo zdenerwował się na zespół, a w pewnym momencie doszło nawet do interwencji Toto Wolffa. Po kwalifikacjach naturalnie był już spokojniejszy, a na konferencji wyjaśnił, zresztą bardzo oszczędzając swój zespół, co konkretnie się stało.
- To był błąd w komunikacji. Muszę porozmawiać z nimi, bo myśleliśmy, że zaliczymy jeszcze jedno okrążenie przed deszczem. Byłem w trakcie bardzo mocnego przejazdu, lecz poproszono mnie, abym zwolnił, bo natrafiłem na Albona. Następnie spadł deszcz. To bardzo rozczarowujące. Musimy zrozumieć, jak do tego doszło. Czułem się dobrze przez całą sesję i miałem więcej pewności na mokro niż na sucho, podobnie jak Lando. Pole position było do wzięcia.
- To zespół ma prognozę pogody, a nie ja. W takich sytuacjach trzeba sobie ufać. Oczywiście podjęliśmy złą decyzję. Ona była zła w zasadzie od razu, jak tylko ją podjęliśmy. Natychmiast wiedzieliśmy, że to błąd, bo zespół mógł odczuć, że deszcz padał mocniej. Musimy to zrozumieć, natomiast polegamy tu na wielu systemach i nie ma co pokazywać palcem na kogoś. Trzeba przeanalizować, dlaczego tak się stało i czy nasze systemy mówiły nam to, co powinniśmy byli wiedzieć.
- To nie sprawia, że jestem mniej sfrustrowany, ale nie czyni też mojego inżyniera winnym. On sam polega na danych, a jego zadaniem jest przekazanie wiadomości. Tyle tylko, że to do niego mówi 12 innych osób, dając mu informacje, na których on się opiera.
Russell był także pytany o szerszy kontekst weekendu, a więc możliwość przypieczętowania tytułu Mercedesa. Nie ukrywał, że ze względu na świetne tempo i inne czynniki podwójnie zależało mu na odniesieniu zwycięstwa.
- Dla zespołu w ten weekend liczy się jeden cel, czyli zdobycie mistrzostwa. Dla mnie, patrząc na wydarzenia z zeszłego tygodnia, pole position znaczyłoby dziś dużo. W zeszłym tygodniu uciekło mi o dziewięć tysięcznych, ale to była niespodzianka. Tym razem czułem się mocny na każdym okrążeniu i byłem na czele po większości swoich okrążeń. Jestem strasznie rozczarowany, choć w szerszym ujęciu nie zmienia to wiele. Mam karę +5, więc to byłoby P6, a jest P7. Nadal mam spore szanse, aby się przebić.
Proszony o skomentowanie wypowiedzi Wolffa, który próbował uspokoić go przez radio i podkreślić, że P2 jest przecież bardzo dobre, George udzielił dyplomatycznej odpowiedzi. Wcześniej na konferencji chwalił za to styl zarządzania Toto, mówiąc o nim w kontekście powrotu na tron przez ekipę.
- Jako kierowca odczuwasz to najbardziej. Wracając do umiejętności zarządzania, to musimy pamiętać, że pomyliliśmy się wspólnie. Paru członków zespołu będzie się czuło tak, jak ja się czuję teraz. Trzeba pamiętać o tym i utrzymywać morale. To była bardzo dobra sesja i z tego możemy się cieszyć. Za pole position nie ma punktów, po prostu byłoby fajnie dorzucić je do puli.

