• Home
  • F1
  • Sebastian Vettel zamieniony na lepszy model
Sebastian Vettel zamieniony na lepszy model

(fot. Ferrari)

Sebastian Vettel zamieniony na lepszy model

Gdy czterokrotny mistrz świata dołączał do Ferrari, można było zakładać brak happy endu w postaci braku tytułu mistrzowskiego. To przecież normalne, że w sporcie czasem się nie uda, a ktoś będzie lepszy. Chyba nikt jednak nie spodziewał się, że ostatni rozdział tej historii będzie aż tak zły, a przede wszystkim tak brzydki.

Klasyfikacja generalna: 13. miejsce

Punkty: 33

Najlepszy wynik: P3 (GP Turcji)

Kwalifikacje: 4-13 vs Leclerc

Wyścigi: 5-10 vs Leclerc

Nasza ocena: 5.56 (P14)

Początek końca

Chociaż o odejściu Seba z Ferrari wiadomo od maja 2020 roku, tak zamiana na lepszy model dokonała się kilka miesięcy wcześniej. W 2019 roku do Maranello wszedł pewien utalentowany Monakijczyk i zaczął rozpychać się łokciami na tyle mocno, by na włoskiej ziemi odśpiewać hymn z kibicami i usłyszeć od szefa, że to rozpychanie ma przebaczone. Lepszemu sportowcowi - a był to moment "przyklepania" tej wyższości - zawsze wolno więcej, bo kluby, czy w tym przypadku zespoły, mają z tego więcej korzyści. A temu gorszemu? Mało kogo on obchodzi. Może jedynie wysyłać zażalenia.

Niestety ta niepisana zasada - tak eksponowana ostatnio w dużych ekipach jedynek, czyli pupilków, a także dwójek, czyli popychadeł - się potwierdziła. Zespół, który sam nie był (i nie jest!) bez skazy, uznał, że nie będzie miał cierpliwości do kogoś, z kogo nie będzie mistrzowskiego pożytku. Obawiano się, że czterokrotny mistrz w roli wingmana zrobi za dużo tu zamętu i nie wyniknie z tego żadna dobra rzecz. Kasia Mattia szybko stwierdził, że nie pozostawiono mu wyboru.

Klasa...

Dziś wiemy, że obyło się bez ofiar, ale przed startem rywalizacji Ferrari wydawało się być jedną wielką bombą, która czeka na odpalenie. Szczególnie w pierwszej fazie sezonu - bo decyzję podjęto przecież przed opóźnionym startem -  wyczuwalne były dość oschłe relacje między stronami, tak jakby wszyscy chcieli już to zakończyć i wyczekiwali nowego.

Vettel nie stawiał się jednak specjalnie, a im dłużej to trwało, tym coraz bardziej sprawiał wrażenie kogoś, kto zaakceptował swoje położenie i chciał dojechać do końca z klasą. To się udało.

Być może ta postawa ułatwiła rozstanie. Będący na wylocie Niemiec nie wchodził w drogę swojemu koledze, a o powtórce z Brazylii 2019 raczej nie było mowy (także dlatego, że zazwyczaj jeden czerwony bolid był zbyt daleko drugiego). Ba, Seb wkurzał się nawet, gdy Charles jechał w sposób, który mógł wrzucić kogoś na minę. Był to przejaw chyba pewnego rodzaju dbania o zespół, ale niestety o zespół, który od dawna należał do kogoś innego.

...ale nie wszędzie

Tak bardzo jak Sebastian zachował klasę przy odejściu, tak nie pokazał jej na torze. Niektóre rundy w jego wykonaniu były wręcz przykre, jakby mozolnie kręcił kółka, byle dowieźć bolid do mety, często tuż za top 10, również z okazjonalnym błędem.

Sportowo trudno go tu jakoś bronić, choć uwagi, które przekazywał, w dość łagodny sposób sugerowały, że w środku coś tam nie funkcjonowało na jego korzyść. Oczywiście, nie można się temu dziwić, bo człowieka, który zamyka już ostatnią walizkę i zaraz ma się wyprowadzić, nikt nie będzie traktował jak króla. Lanie od Leclerca było jednak momentami tak duże, że zastanawiano się nad jego wszystkimi przyczynami.

Na pewno niepodważalną był samochód, który znacznie lepiej czuł Charles. Dobrym przykładem jest jego przejazd z kwalifikacji do GP Portugalii, gdzie tył bolidu tańczył niczym Polacy w sylwestra od godziny 19:00, a on dał radę, zrobił P4 przy P15 Seba, bo w jakiś sposób mu to leżało, czy też umiał to okiełznać. Problemy w niepasującym aucie podkreśliły tylko to, o czym mówiło się latami - Vettela nie w każdych okolicznościach stać na rzeczy wielkie.

Tegoroczne statystyki w zestawieniu z Monakijczykiem są bezwzględne, a gdyby ten raz czy dwa pojechał łagodniej, byłyby jeszcze gorsze. Prawie 3x więcej punktów mimo 3 dzwonów ze swojej winy. Podia nie wyglądają tak źle, 1-2, ale to powinno być siatkarskie 0-3, gdyby nie błąd Leclerca na lodowisku. Ta wpadka rywala nie dała Sebowi nic, niczym bycie pierwszym w kulach, bo nie odmieniła tego, że był po prostu regularnie dużo słabszy.

A może coś dała? Wszystkim wyszło na plus. Młodszy dostał ważną lekcję, a starszy mógł przez chwilę poczuć się dobrze i mieć coś z tego ostatniego sezonu w czerwonym kolorze, przypomnieć o sobie, że hej, ja coś tam ciągle umiem, a przed chwilą to jeszcze było moje królestwo. A były przecież momenty, gdy dało się o tym zapomnieć, bo wszyscy szybko przywykli do bylejakości w okolicach Q2 i bycia na granicy punktów. Dało się zapomnieć, że ten gość jeszcze nie tak dawno walczył o tytuły z Hamiltonem. Turcja, choć nieco szczęśliwie, to jednak przypomniała, że Seb, mimo niebycia w formie marzeń, nie jest też tym, czym nazwał Karthikeyana kilka lat temu. Był to jeden z niewielu sportowo miłych epizodów minionego sezonu.

Cały czas pod rynną

Nie sposób odnieść się do kampanii Niemca bez bliższego spojrzenia na całe Ferrari, które miało spory udział w tym, że sezon wyglądał jak wyglądał. W 2020 roku Czerwoni byli absolutnie dramatyczni i poniżej jakichkolwiek oczekiwań. Jedną sprawą jest, że auto leżało bardziej Monakijczykowi, ale drugą, że ono po prostu leżało i kwiczało. Wstyd zaparkować takie pod teatrem, a co dopiero prezentować je w nim.

Chociaż wydaje się, że afera silnikowa miała miejsce dawno temu, to głównie przez nią sytuacja stała się tak zła. Może i przez intensywny sezon szybko przywykliśmy do tego, gdzie była ekipa z Maranello, ale od testów do przyzwyczajenia trochę czasu minęło. W tym okresie Seb przyjął kilka ciosów, które zwiastowały, że będzie miał trudniej.

Najpierw na tej samej konferencji prasowej kilka osób wymęczyło go w naprawdę nieładny sposób pytaniami o przyszłość, które Mattia Binotto skwitował słynnym zdaniem o pierwszej opcji na sezon 2021. Mówił też coś o zwiększonym docisku kosztem oporu i o jakichś smokach. Następnie była lawina plotek o przyszłości, rzekomych ofertach do odrzucenia, aż tu nagle gruchnęło, że to koniec. Oferta? Nie było mowy. Zadzwonił szef, zanucił, jak to minął okres jego przydatności, potem dodał, że negocjacji nie będzie i nie, nie odwoła swoich słów do jutra.

Z wieloletniej jedynki i z pierwszej opcji Vettel nagle stał się pierwszym, ale w kolejce do wyjścia. I weź tu przejedź sezon w zespole, który już cię wyrzucił, do tego autem, które zapowiada się słabo, a okazuje się fatalne. Jasne, profesjonalista nie może się skarżyć na coś takiego, ale też nie można powiedzieć, że to wyzwoliło w nim tę iskrę, by dawać z siebie 200%. Nic nie zmieni tego, że był to chyba najsłabszy Seb, jakiego można było oglądać w Formule 1, ale czy ponosi za to pełną odpowiedzialność? Niekoniecznie.

Czy nowy kierowca Astona Martina może mówić o pechu? Na pewno. Tak bardzo jak sam nie błyszczał, delikatnie mówiąc, tak trafił na naprawdę okropny okres sportowo (czy też sprzętowo) i też tak po ludzku. Słaba nie była tylko forma SF1000, nie tylko forma kierowcy, ale też forma rozstania. Trudno byłoby wymyślić gorszy scenariusz zostania rzuconym przez swoją wielką miłość i stania się dla niej gorszym modelem. Na szczęście przynajmniej zdjęcia tego nie oddają, choć podnoszenie nie tego trofeum na koniec tej przygody tak naprawdę również jest gorzkie.

Komentarze (1)

Enok25 grudnia 2020 04:09:51

Kurde bela! Kiedy ludzie zrozumieją, że F1 to głównie mistrzostwa konstruktorów?! Nie ładnie nazywać jedynkę pupilkiem, a dwójkę popychadłem. Bardzo dobry artykuł ale musiałem się o to przypie*dolić, bo takie gadki psują obraz tego sportu. Na moje na podium każdego wyścigu powinien stawać zespół (mechanicy, kierowca, inżynier wyścigowy). To jasne, że team stawia na szybszego pilota, a wolniejszy ma za zadanie kryć plecy. Jednak szybkość za kółkiem jest zależna po pierwsze od charakterystyki bolidu, po drugie od charakterystyki toru, po trzecie od warunków w trakcie wyścigu. A nazywanie ściganta pupilkiem/popychadłem stwarza zakrzywiony obraz tego, na czym polega cała zabawa i prowadzi do sytuacji w jakiej znalazł się Vettel, czy stale jest Bottas, czy był Barichello. Te "popychadła" po prostu tracą zapał, bo wiedzą, że ile by nie zrobili, nikt nie będzie o nich śpiewał pieśni, bo wszystkie zasługi spadają na pupilka 8P

Dodaj komentarz

Musisz być zalogowany aby dodawać komentarze.
Załóż konto lub Zaloguj się