Fred Vasseur ma spore pretensje do Charlesa Leclerca i Lewisa Hamiltona, których walka po starcie wczorajszego wyścigu F1 w Meksyku kosztowała Ferrari zwycięstwo. Sam siedmiokrotny mistrz świata jest za to zły na kolegę i uważa, że to kolejny raz, gdy niepotrzebna batalia kosztuje ekipę coś więcej.

Niedziela na Autodromo Hermanos Rodriguez mogła przebiegać pod dyktando Ferrari. Świetne rozegranie startu pozwoliło wyprowadzić dwa czerwone bolidy na prowadzenie, ale taki stan utrzymał się kilkanaście sekund. W zakręcie nr 4 Leclerc zaatakował Hamiltona, a obaj kierowcy przestrzelili hamowanie. Monakijczyk zyskał tak prowadzenie, za co otrzymał potem +5 sekund, a szeroki wyjazd Brytyjczyka umożliwił skuteczny atak Maxowi Verstappenowi.

W wyścigu, w którym praktycznie nie da się wyprzedzać, chronienie lidera powinno być podstawowym zadaniem. Holender zaś trzymał się około 5 sekund za liderem, dzięki czemu po pit stopach mógł objąć wirtualne prowadzenie. Po czerwonej fladze obronił się za to przed Hamiltonem i utrzymał się z przodu aż do mety.

Wyniki zapewne byłyby zupełnie inne, gdyby nie to, że Verstappen został tak łatwo wpuszczony do gry. Ferrari w ten sposób po prostu pozwoliło sobie na to, aby zwycięstwo nie było pewne, a kierowca Red Bulla nie potrzebował dodatkowego zaproszenia. 

To właśnie o to zajście wielkie pretensje miał Fred Vasseur. Zdaniem szefa Ferrari jego kierowcy zapomnieli o bardzo podstawowej rzeczy: - Trudno mi to przełknąć, bo to brak szacunku. Brak szacunku do marki, do wszystkich ludzi, którzy tu pracują i do ich wysiłku. Wyraźnie poprawiliśmy osiągi bolidu, a oddajemy zwycięstwo w taki sposób. To trudne - powiedział dla Canal+. 

Rozmawiając z dziennikarzami prasowymi, Francuz powtórzył mniej więcej podobne rzeczy. Na pewnym etapie chciał jednak zmienić temat.

- Jestem trochę sfrustrowany, bo zaliczyliśmy spory skok osiągów w ostatnich wyścigach. Byliśmy na miejscach 1-2 przed zakrętem numer 4, a ja nie pamiętam, kiedy ostatnio w Meksyku ktoś mógł wyprzedzać. Może pod koniec lat 70? Gdy masz taki układ na początku, to nie wyobrażasz sobie, że nie wygrasz wyścigu. To spora frustracja, ale nie chodzi o mnie, tylko o 2000 ludzi, którzy tworzą ten projekt.

- Możemy rozmawiać o tym latami, aczkolwiek tu chodzi o szacunek. Szacunek oznacza zaufanie. Oni nie pracują dla siebie, a dla grupy, wielu sponsorów i dwóch tysięcy ludzi. Gdy mówię, że musimy naciskać ws. poprawek, to fabryka pracuje dzień i noc. Tak być powinno.

-  Nie chcę tego więcej komentować. Pozwólcie mi najpierw porozmawiać z nimi. Powiedziałem tyle, ile miałem do powiedzenia.

Wywiady z kierowcami miały zupełnie różny przebieg. Leclerc był mocniej dopytywany o karę, a samemu starciu nie poświęcił szczególnie dużo czasu i wskazywał też na pomyłkę Hamiltona.

- Walczymy o zwycięstwo, więc to jasne, że nie zostawimy sobie wielkiego marginesu. Ostatecznie obaj popełniliśmy błędy w zakręcie nr 4. To nie tak, że doszło do kontaktu. Pojechaliśmy prosto i to pozwoliło Maxowi wyprzedzić Lewisa. Nie uważam, że powinniśmy rozmawiać o tym nie wiadomo ile. Jasne, było blisko w sekcji 1-3, ale tego oczekuje się od walki o prowadzenie. Później popełniliśmy błędy. Ja zapłaciłem za to karą i można się kłócić, czy była wystarczająca, a Lewis zapłacił w zakręcie nr 5, gdy zaatakował go Max.

- Musimy porozmawiać o zasadach, oczywiście. Nie wiem, czy Lewis był zły na to, co zrobiłem. Ja czułem, że ta sytuacja była na granicy, choć także przez to, jak zachował się on. Myślę, że może być bardziej zły na to tak ogólnie, na rozwój wydarzeń w zakrętach 4-5, na karę i to wszystko. Porozmawiamy o tym. 

Hamilton wbija szpilki

Zupełnie inaczej wyglądało to w przypadku Hamiltona, którego na konferencji prasowej konkretnie wypytano o walkę z kolegą. Brytyjczyk wykorzystał tę okazję, aby pokazać, że należało grać drużynowo.

- Może to przychodzi z wiekiem. Trzeba pamiętać, że każda decyzja, jaką podejmujesz w bolidzie, wpływa na ludzi w tle i w zespole. Praca dla zespołu to część naszej roboty i kontraktu. Musimy działać jako zespół i szkoda, że straciliśmy to w taki sposób. To będzie kontynuowane, dopóki nie przeprowadzimy głębokiej i poważnej rozmowy. Oczywiście zaliczałem twarde pojedynki z kolegami i nie zawsze wychodziło to dobrze, ale 9 na 10 razy powinno. Musimy porozmawiać. Nie będzie łatwo, lecz musimy.

- Cieszę się, że Kimi zdobył mistrzostwo, a z drugiej strony jestem wkurzony. Oddaliśmy wartościowe punkty, a pracowaliśmy bardzo ciężko. To mogło być łatwe 1-2, bo naprawdę mieliśmy tempo, a w zakręt numer 4 wjechaliśmy na pierwszej i drugiej pozycji. Gdybyśmy tylko utrzymali miejsca... Wszystko może się wydarzyć w wyścigu, ale gdy twój kolega walczy przeciwko tobie i tracisz przez to pozycje, to jest trudno. Zasad walki akurat nie mamy. Nie wiem, czy to zmieni coś po stronie Charlesa, choć musimy coś zmodyfikować. 

- W Mercedesie bywało gorzej. Miewalimy bardzo złe momenty, ale nie widzę wielkich różnic [w podejściu szefostwa]. Po prostu Mercedes dobrze tym zarządzał, a Fred bardzo się stara. Fred rozmawiał ze mną przed wyścigiem i moim zdaniem był nerwowy. Myślę, że chciał, abyśmy obaj spisali się dobrze. Jeżeli to ja byłbym z tyłu i podejmował ryzyko, które kosztowałoby nas zwycięstwo, to miałbym trochę rzeczy do wyjaśnienia, bo wpłynąłbym na wielu ludzi. Było odwrotnie, to ja prowadziłem, a moim zdaniem starcie było niepotrzebne. 

Dopytany o wątek wieku i doświadczenia, Hamilton pozwolił sobie na mocniejszy przytyk w stronę kolegi, nawiązując do niepotrzebnych pojedynków z przeszłości.

- Gdy jeździłem jeszcze w Mercedesie, to oglądałem starcia Charlesa i Carlosa w wielu wyścigach. Walczyli tak bardzo, że kierowca z przodu po prostu im uciekał, a przecież mieli tempo na zwycięstwo. Gdy dzieje się to na miejscach 4-5, to robi się z tego inna sprawa, niż gdy chodzi o miejsca 1-2 i tracisz wygraną. To jest istotne. Ten gość ma 28 lat, więc to nie kwestia wieku, tylko nastawienia w stylu: "Za wszelką cenę, albo wygram ja, albo nikt". Tak być nie powinno. Powinniśmy byli razem zgarnąć 1-2. 

- Na Silverstone też mogłem wejść w tryb kamikadze i wykluczyć go, co kosztowałoby nas zwycięstwo. Zamiast tego zajęliśmy pozycje 1-2 lub 1-3. Nieważne. Cieszę się, że zespół tego doświadczył. Mam tylko nadzieję, że stworzymy sobie lepsze miejsce pracy w przyszłości.