Po majowych wydarzeniach na Indianapolis Motor Speedway czas na debiut innego obiektu. Runda w Detroit przenosi się z Belle Isle do centrum miasta także z powodów logistycznych, bowiem przez lata narzekano na problemy organizacyjne na wyspie.

Tym samym po raz pierwszy od 1991 roku zawody rozegrają się na nitce zbliżonej do tej, która pierwotnie gościła nie IndyCar, a Formułę 1. To właśnie na ulicach ‘Motor City’ w latach 1982-1988 ścigała F1. Przez siedem lat triumfowało tam zaledwie czterech kierowców: przyjaciel Sherlocka Holmesa John Watson, Michele Arboleto, Nelson Piquet, Keke Rosberg i aż trzykrotnie Ayrton Senna - choć dwukrotnie za kierownicą Lotusa i tylko raz w barwach McLarena.

W latach 1989-1991 CART, czyli “poprzedniczka” IndyCar, jeździła po tym torze, ale od 1992 roku przeniosła się na Belle Isle. Na wyspie walczono do 2001 roku, po czym nastał siedmioletni okres nieobecności IndyCar w Detroit. Do miasta w stanie Michigan powrócono w 2007 roku, a zawody okazały się na tyle dużym sukcesem, że udało się pozyskać sponsora tytularnego w postaci General Motors, mającego swoją siedzibę w Detroit właśnie. W 2012 roku miał miejsce eksperyment z dwoma wyścigami w jeden weekend.

Obecnie, po zrewitalizowaniu centrum Detroit, doszło do przenosin. Istotną nowością, znaną chyba tylko kibicom NASCAR, jest… dwustronna pitlane. Ze względu na ograniczony metraż alei serwisowej niemożliwym było zmieszczenie wszystkich boksów w jednej linii. Projektanci toru postanowili więc rozłożyć boksy po obu stronach i poprowadzić przez aleję dwa pasy. Kierowcy będą więc musieli uważać przy wyjeździe z pitlane na tor.

Rozkład boksów w pitlane (źródło: IndyCar).

Nitka jest wąska, pełna ślepych zakrętów i zawiera najdłuższą prostą w kalendarzu. Starszym kibicom IndyCar Detroit fragmentami może przypominać Nashville i St. Pete, natomiast dla osób bardziej zaznajomionych z F1 charakterystyka może być zbliżona do Jeddah Corniche Circuit w Arabii Saudyjskiej.

Po Indianapolis 500, zresztą całkiem słusznie, rozgorzała dyskusja odnośnie liczby wypadków na torze. Istotnie, ukończenie zmagań przez zaledwie połowę stawki to nie jest chlubna statystyka dla IndyCar. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że wytrzymałe bolidy Dallary i jednakowe nadwozia skłaniają do bliższej walki, ale czy wyścigi muszą przypominać crash derby? Z pewnością nie i choć szukanie rozwiązań należy do właścicieli serii, czyli Penske Entertainment, to rodzi mi się w głowie kilka propozycji. 

Jednym z dobrodziejstw tego sportu jest karanie "autora" czerwonej flagi w kwalifikacjach poprzez usunięcie dwóch najszybszych czasów okrążeń. Rozwiązanie, które działa, można byłoby przenieść - np. karząc zawodników powodujących wypadki startem z końca stawki w kolejnym wyścigu czy nawet zabraniem części cennych punktów, których przecież w IndyCar każdy z nich gromadzi na przestrzeni sezonu całkiem sporo.

Nowa nitka toru w Detroit (źródło: IndyCar).

Kwalifikacje w Detroit

Pole position zdobył Alex Palou, dla którego jest to drugie P1 z rzędu. Drugie i piąte miejsce wywalczyli kierowcy Penske, czyli kolejno Scott McLaughlin i Josef Newgarden, a w tym sezonie dwa bolidy Penske w Fast 6 to nie jest oczywistość. Na trzeciej pozycji uplasował się jak zwykle szybki w kwalifikacjach Romain Grosjean, a "tradycyjnie" wysokie miejsca należą do Scotta Dixona (P4) i Marcusa Ericcsona (P6), jeżdżących dla Chipa Ganassiego.

Również awans do top 12 Marcusa Armstronga sprawił, że możemy mówić o pewnej prawidłowości u kierowców CGR. Od zawsze przyjmuje się, że w IndyCar najważniejsza jest regularność i kończenie wyścigów na wysoko premiowanych punktami pozycjach, zaś podia i zwycięstwa są kwestią drugorzędną. Od lat tę zasadę wyznaje Scott Dixon, czyli najbardziej utytułowany kierowca Chip Ganassi, ale tę cechę widać także u Palou, czy od jakiegoś czasu u Ericssona. Sztuki konsekwencji i dowożenia co najmniej solidnych wyników szybko uczy się wspomniany wcześniej Armstrong, ale trudno nie oprzeć się wrażeniu, że wraz z rosnącym stażem w zespole reprezentanci CGR nabywają tej umiejętności w kontekście walki o mistrzostwo.

Do niespodzianek możemy zaliczyć ósmego Simona Pagenauda, dla którego to pierwsze tak udane kwalifikacje w sezonie, a także rozczarowujące McLareny - najszybszy Rosenqvist dowiózł P9, zaś O'Ward i Rossi kolejno P10 i P13. Jeśli odwrócimy tabelę, to znajdziemy Grahama Rahala na czele, co cudownie oddaje dyspozycję tego kierowcy w ostatnim czasie. Przypomnę, że tylko kontuzja Stefana Wilsona sprawiła, że 34-letni Amerykanin wystąpił w Indianapolis 500, z którego wyrzucił go podczas Bump Day zespołowy kolega - Jack Harvey.

Beznadziejną czasówkę zaliczył też Colton Herta. Zatrważający jest fakt, że do niedawna mówiło się w jego kontekście o Formule 1, a jeszcze kilka sezonów temu niemal do końca liczył się w walce o mistrzostwo. Aktualnie nie jest nawet najlepszym przedstawicielem Andretti i mocno dyskusyjna jest także jego rola jako lidera zespołu.

Wyścig na pewno dostarczy emocji - chciałbym, by wynikały one z jakości ścigania, ale nawet sami zawodnicy życzą sobie przetrwania, więc raczej na pewno zobaczymy ogrom neutralizacji i wypadków. A szkoda, bo moim zdaniem na dużych kraksach ten sport tylko traci.

Harmonogram Indy na ten weekend znajdziecie tutaj, a malowania kierowców na ten weekend i tabelę z soboty na dole artykułu.

Wyniki kwalifikacji:

Malowania: