Tymek Kucharczyk zaczął swoją przygodę ze Stanami Zjednoczonymi od podium w pierwszym wyścigu Indy NXT. Zawody wygrał Nikita Johnson, wpadając na metę przed Maxem Taylorem oraz reprezentantem Polski. Trzecie miejsce w debiucie to znakomity wynik, osiągnięty w warunkach, w których rywale popełniali wiele błędów.

Zmagania na Florydzie przyniosły dziś mnóstwo pomyłek i parokrotnie były przerywane. Na mecie zabrakło czterech zawodników, a kluczem okazało się unikanie band, dobre otwarcie oraz koncentracja przy restartach.

Kucharczyk te zadania wykonał śpiewająco, zyskując dwa miejsca na samym starcie. Później nie pozwalał postawić się pod dużą presją i prawidłowo rozgrywał wznowienia, lecz jednocześnie nie miał odpowiedzi na tempo prowadzącej dwójki. To właśnie na ten aspekt zwrócił uwagę po wyjściu z samochodu, choć naturalnie cieszył się z możliwości stanięcia na podium.

- Zrobiliśmy dobrą robotę. Weekend nie był łatwy, bo to w końcu mój debiut. Moi rywale mają znacznie więcej doświadczenia na tym torze i nie dali mi żadnych porad, przez co musiałem sobie poradzić sam. To było maksimum. Wiedziałem, że start to jedyna okazja, aby nadrobić miejsca, więc po prostu zaatakowałem. Wyszło całkiem nieźle, zyskałem dwie lokaty, a reszta wyścigu to już było zarządzanie oponami, dobre restarty i utrzymywanie pozycji - mówił Polak.

- Nadal mam dużo do nauki w Ameryce, ale jest świetnie. Nie mam wielkiego doświadczenia w autach szybszych niż Indy NXT. W tym roku chodzi głównie o naukę, lecz naprawdę cieszę się z tego, że zaczynamy od P3. Ciągle możemy jednak sporo poprawić, bo przecież dwaj kierowcy byli od nas trochę szybsi w wyścigu, a ja nie chcę, aby to się ponownie stało. 

Konferencja po zakończeniu rywalizacji musiała doczekać się także polskich wątków, w tym nawiązań do Roberta Kubicy z ust zagranicznych dziennikarzy.

- W polskim motorsporcie mieliśmy przede wszystkim Roberta, lecz on ścigał się w Europie i potem w F1. Ja idę swoją ścieżką. Nie patrzę na to, kim chcę zostać czy za kim podążać. Chcę być sobą, dawać z siebie wszystko i zostać pierwszym Tymkiem Kucharczykiem, a nie drugim Robertem Kubicą. 

- Widziałem wielu polskich fanów i to super sprawa. Jako kierowca czuję, że jestem wspierany, a to daje mi motywację i pozwala naciskać mocniej. Myślę, że po takim wyniku przy okazji kolejnych rund zobaczymy jeszcze więcej fanów. 

Tor w St. Pete to trudny obiekt, na którym pędzi się pomiędzy wieloma ścianami, a to naturalnie wiąże się z wieloma przygodami. Kucharczyk na własnej skórze poczuł to w listopadzie w Makau, debiutując na ulicach, aczkolwiek zdołał już wyciągnąć wnioski.

- Makau na pewno dużo mi pomogło, głównie z tego powodu, że zaliczyłem tam kraksę. Wiem, jak to jest uderzyć w ścianę i nie chciałem ponownie tego doświadczyć. Samochód nadal jest dla mnie dość nowy, a ten tor jest absolutnie szalony. Jeździmy blisko betonowych ścian, a gdy tylko ich dotkniemy, to jest po nas. Wiedziałem, że muszę dać z siebie wszystko, skupić się na punktach odniesienia i polegać na wyczuciu z okrążenia na okrążenie.

- Zaliczyłem kilka strasznych momentów w trakcie wyścigu i znalazłem się blisko band, ale miałem to pod kontrolą. W pierwszym treningu podchodziłem do jazdy zachowawczo i byłem daleko od granicy, a pod koniec miałem już coraz większy komfort. Taki też był cel, chociaż to pokazuje, że mam znacznie większy potencjał. Nie byłem tu na limicie i nie jestem jeszcze tam, gdzie chcę. Po prostu bezsensowne byłoby ryzykowanie i zgrywanie bohatera, a większy komfort w aucie i tak przyjdzie z czasem.