FIA kolejny raz zajmie się elastycznymi skrzydłami w F1. Tym razem będą to tylne skrzydła, które znajdą się w obiektywie dodatkowych kamer już od GP Australii 2025. Sprawa dotyczy podejrzeń o stosowanie różnych trików, w tym ponownego wykorzystywania tzw. mini-DRSu, znanego z McLarena.
Mimo zmian w przepisach zespoły F1 nie przestają pogrywać z giętkimi elementami aerodynamicznymi. Od paru tygodni wiadomo, że na starcie sezonu 2025 obowiązywać będą ostrzejsze wymogi dot. tylnych skrzydeł, a od GP Hiszpanii również przednich. To w teorii ma ukrócić zapędy ekip i doprowadzić do tego, że uginanie nie będzie już problemem. W teorii.
W praktyce wygląda jednak na to, że nie jest to koniec tego tematu. Na nieco ponad tydzień przed początkiem mistrzostw FIA poprosiła zespoły o przygotowanie miejsc na dodatkowe kamery. Te mają być montowane w taki sposób, aby - wraz z pomocą dobrze znanych kropek/naklejek - pokazać pracę tylnych skrzydeł przy dużych prędkościach. Sprawę jako pierwszy ujawnił włoski AutoRacer.
Zabieg jest praktycznie taki sam jak w połowie sezonu 2024, gdy przedstawiliśmy plany zamieszczenia kamer, które pokazywały pracę przednich skrzydeł. FIA uznała wtedy, że musi zrozumieć, w jaki sposób działają różne projekty, więc postanowiła nagrać je w akcji. Dokładnie to samo wydarzy się w Australii - dojdzie jedynie do obserwacji.
Nie jest to jeszcze kolejna zmiana przepisów, aczkolwiek temat ten ma potencjał, aby przerodzić się w coś takiego.
Czy FIA znów zmieni przepisy w trakcie sezonu F1?
Wiele zależy od tego, co odkryje FIA. Co prawda w ostatnich miesiącach nie jest to najbardziej przewidywalna organizacja na świecie, ale na podstawie historii da się określić, co toleruje bardziej, a czego wcale.
Najostrzejszej reakcji można spodziewać się po nieliniowym, raptownym uginaniu, czy też występującym w miejscu, gdzie w ogóle nie powinno do niego dochodzić (mini-DRS). W ostatnich latach takie coś uznawano za przeginanie i argument za reagowaniem w środku sezonu.
Nie wiadomo, czy obecna reakcja jest spowodowana zachowaniem tylnych skrzydeł na zeszłotygodniowych testach w Bahrajnie, czy może plany i tak istniały, a FIA po prostu zaczekała z nimi na odpowiedni moment. Pewne jest natomiast, że podczas testów pojawiły się pewne podejrzenia.
Uwagę przykuły m.in. nagrania z Mercedesa, ukazujące uginanie się całego skrzydła, a także ślady po farbie flow-vis na lotkach w czołówce. Szczególnie niezadowolony z obserwacji był Red Bull, który za pośrednictwem dyrektora technicznego, Pierre'a Wache, wysnuł dość poważne oskarżenia.
- [Mini-DRS] nadal jest stosowany - mówił Francuz dla The Race. - Moim zdaniem Ferrari i McLaren ciągle tego używają.
Choć w tym temacie brakuje jednogłośnych opinii i przekonania, że na pewno są to jakieś sprytne gierki, to faktem jest, że o tylnych skrzydłach zrobiło się głośniej. To o tyle ciekawe, że przed sezonem 2025 doszło już do zaostrzenia przepisów technicznych, aby wyeliminować ten problem - a szczególnie mini-DRS McLarena.
Stajnia z Woking została poproszona o pewne zmiany jeszcze w 2024 roku. Następnie FIA zajęła się takim uściśleniem regulacji, aby w sezonie 2025 komponenty były sztywniejsze, a system DRS mógł znajdować się tylko w dwóch pozycjach - zamkniętej albo otwartej (pomijając sam moment zmiany tej pozycji oraz oczywiste awarie).
Nie wiadomo, czego dokładnie chce wypatrywać FIA, aczkolwiek samo zmodyfikowanie regulaminów i tak stanowi pewnego bata na zespoły F1. Przykładowo, gdyby zauważono, że system DRS regularnie ustawia się w innej pozycji niż otwarta i zamknięta, to istniałaby możliwość wymuszenia natychmiastowego zaprzestania trików - bez oglądania się na to, czy ekipy sobie z tym łatwo poradzą. Federacja miałaby do tego lepsze narzędzia, głównie wizję protestu ze strony rywali i/lub dyskwalifikacji za przewinienie techniczne. W zeszłym roku byłoby to mniej czarno-białe.