Po wyścigu F1 w Holandii Lewis Hamilton pokazał, na czym polega różnica pomiędzy funkcjonowaniem Ferrari a Mercedesem, szczególnie gdy trzeba podejmować szybkie decyzje. Siedmiokrotny mistrz stracił sporo czasu, gdy przytrzymał go Charles Leclerc, który sam miał też pewne pretensje do Scuderii.
Jednym z ciekawszych wątków niedzielnej rywalizacji na torze Zandvoort były kolejne szachy w wykonaniu Ferrari. Ofiarą działań strategów został tym razem Lewis Hamilton, który stracił czas za drugim czerwonym bolidem, a przez to być może również podium. Sposób, w jaki doprowadzono do tego, Fred Vasseur nazwał zresztą wielką głupotą (więcej TUTAJ).
Sporo szumu wczoraj ponownie wywołały komunikaty radiowe Brytyjczyka, który otwarcie szydził z postępowania garażu oraz pitwall. Nie dziwi fakt, że sam zainteresowany po opuszczeniu bolidu znalazł się w ogniu pytań i był proszony o wyjaśnienie swojej postawy. Lewis dał przykład wczorajszego ruchu Mercedesa i skupił się przede wszystkim na pokazaniu braków, które są istotne, jeżeli chce się stworzyć mistrzowski projekt.
- Jestem sfrustrowany - przyznał Hamilton dla Sky. - Jestem tu po to, aby zwyciężać. Naprawdę w to wierzę. Ten wyścig nie był do wygrania, natomiast żeby wygrywać mistrzostwa, trzeba zgarniać każdy punkt. Ostatnie rundy były trudne przez kary i inne rzeczy, a dziś straciłem wiele sekund za Charlesem, co prawdopodobnie zrobiłoby różnicę na koniec. Moim celem jest poprowadzenie tego zespołu do poziomu mistrzowskiego. Na pewno mamy sporo pracy.
- Chcę wygrywać. Jestem tu po to, aby wygrywać, tylko trudno patrzy się na to, jak dwa Mercedesy dostają polecenie i od razu je wykonują. Puszczają Kimiego i jadą dalej. Ja byłem na innej strategii, a u nas nie wyglądało to w ten sposób. To jest trochę trudne do przyjęcia, ale jakoś musimy sobie z tym poradzić.
W rozmowach z dziennikarzami prasowymi dodał już łagodniej: - Nie rzuciłem żadnym przekleństwem ani niczym takim. Oczywiście, mam tętno 170 i próbuję wygrać wyścig. Muszę za to powiedzieć, że jestem dumny z zespołu. Przywieźliśmy poprawki na ten weekend i zbliżamy się do Mercedesa, aczkolwiek przez pół sezonu brakuje nam mocy. Jeżeli mamy walczyć o tytuł, musimy zmniejszyć tę stratę.
Swoim komentarzem w tej sprawie podzielił się także Leclerc, który był zdziwiony tym, że miał w ogóle kogoś przepuszczać.
- Nie powiedziano mi czegoś takiego [o przepuszczaniu]. Starałem się skupić na swoim tempie i przejechaniu najlepszego wyścigu. Miałem dobry pierwszy stint i musiałem zatrzymać się wcześniej, aby wykonać podcięcie. Czasem gra się zespołowo. Czasem musisz wystawić się na małe ryzyko, szczególnie na początku. Lewis miał mocny drugi przejazd, ale tak to bywa. Raz to ja będę sfrustrowany, innym razem Lewis.
Gdy został zapytany o swoją strategię, to powiedział już więcej konkretów. U niego nerwy pojawiły się w podobnym momencie, gdy na jego ogonie siedział Hamilton. Różnica polegała na tym, że Leclerc był wtedy zaskoczony postępowaniem Ferrari, bo spodziewał się innej taktyki, a więc stworzenia tzw. delty opon do Russella.
- To są te rzeczy, o których musimy porozmawiać. Bardziej interesuje mnie drugi pit stop, gdy naciskaliśmy na George'a, aby wymusić jego zmianę opon. Gdy do tego zjazdu już doszło, to Lewis nacierał, a dwa okrążenia później poproszono mnie o zjazd. Dla mnie bardzo ważne było stworzenie różnicy po stronie opon, aby mieć mocną końcówkę w walce z Mercedesem. Nie zrobiliśmy tego i musimy to przeanalizować.
- Byłem bardzo zaskoczony wczesnym wezwaniem. Zrobiliśmy to, czego chcieliśmy, bo George przecież zjechał. To był właśnie ten czas, aby przejechać jeszcze 5-10 okrążeń więcej i mieć przewagę po założeniu opon. A dwa okrążenia później powiedziano mi, że to ja mam zjechać.

