Przy okazji dnia medialnego przed GP Australii w obiegu pojawiły się pierwsze poważne sugestie na temat potencjalnych zmian w kalendarzu F1 wskutek trwającego konfliktu zbrojnego na Bliskim Wschodzie. Rundy w Bahrajnie i Arabii Saudyjskiej wydają się być coraz bliżej odwołania, a znalezienie zastępstwa nie jest takie oczywiste.
Formuła 1 w ten weekend otworzy sezon 2026 na torze w Melbourne, a następnie uda się do Chin oraz Japonii. Według harmonogramu czwartym i piątym przystankiem ma być Bahrajn oraz Arabia Saudyjska, czyli kraje, które zostały dotknięte atakami rakietowymi podczas trwającej w pobliżu wojny.
Choć do tych wyścigów pozostało jeszcze kilka tygodni, to jasne jest, że w obecnej sytuacji pojawiają się spore wątpliwości co do tego, czy te wydarzenia w ogóle dojdą do skutku. F1 w ostatnich dniach opublikowała krótkie oświadczenie i zaznaczyła, że kładzie szczególny nacisk na kwestie bezpieczeństwa dla wszystkich zaangażowanych osób. Jesteśmy jednak coraz bliżej momentu, gdy trzeba będzie podjąć decyzję.
Z racji wcześniejszego terminu seria WEC już teraz odwołała swój przyjazd do Kataru, gdzie miał się odbyć prolog oraz pierwsza runda sezonu. F1 nie może za to czekać do ostatniej chwili, gdyż po zakończeniu zmagań w Melbourne trzeba dość sprawnie wysłać sprzęt w stronę Bahrajnu oraz Arabii Saudyjskiej. Nie tak dawno w tle mówiło się zresztą, że Stefano Domenicali i spółka mają maksymalnie 10-14 dni na namysł.
Zwrot akcji ws. zastępstw?
Eskalacja na Bliskim Wschodzie sprawiła, że szybko zaczęto szukać możliwych zastępstw w kalendarzu, a od parunastu godzin za coraz pewniejsze bierze się to, że F1 nie pojawi się w tym roku na torach Sakhir i Corniche. Wśród kandydatów najczęściej wymieniano Imolę i Portimao, a rzadziej Turcję czy Paul Ricard. Długo wydawało się, że Włosi i Portugalczycy są w dobrym położeniu, a seria będzie chciała wypełnić lukę, lecz nie spływały żadne doniesienia o tym, że jest to pewne. Dziś BBC napisało zaś, że wprowadzenie zastępstw staje się coraz mniej prawdopodobne.
Problemem w tym przypadku ma być zbyt krótki czas, aby zorganizować wydarzenie najwyższej rangi w sposób sensowny finansowo, tj. z odpowiednią promocją i sprzedażą biletów. Podczas pandemii, gdy różne tory wskakiwały nagle do rozkładu jazdy, sytuacja była zupełnie inna, bo kwestia zapełniania trybun po prostu odpadała. Co prawda dziś na świecie nie brakuje chętnych kibiców, ale najwyraźniej promotorzy widzą tu pewien zgrzyt. Andrew Benson podał zresztą wprost, że żadne z czterech wymienionych miejsc nie jest organizacyjnie realistyczną opcją.
Taki ruch będzie oczywiście bardzo kosztowny dla F1, gdyż gospodarze z tej części świata dysponują tzw. studnią bez dna i bez większych problemów płacą około 50 milionów dolarów za prawo do organizacji Grand Prix. Tym samym brak wyścigów na Bliskim Wschodzie może przynieść stratę rzędu nawet 100 milionów wpisowego, które nie trafią do kasy F1.
Co ciekawe, BBC pisało dziś także o rozważaniu koncepcji dodatkowej odsłony rywalizacji w Japonii, na Suzuce, gdzie kierowcy pojawią się w dniach 27-29 marca. Ten plan ma jednak nie leżeć już na stole, bo byłby zbytnim obciążeniem dla personelu.
Gdyby więc Formuła 1 faktycznie zdecydowała się na niezastępowanie Bahrajnu i Arabii, w kalendarzu powstałaby miesięczna przerwa, a sezon skróciłby się do 22 rund. Cały kwiecień byłby wolny od ścigania, a powrót nastąpiłby w dniach 1-3 maja w Miami.

