Sędziowie przyznali się do błędnej oceny incydentu z udziałem Charlesa Leclerca oraz Oscara Piastriego podczas ostatniego wyścigu F1 w Belgii. Pozostali kierowcy mieli za to popierać ukaranie Lewisa Hamiltona po wyeliminowaniu George'a Russella.

W czwartkowy wieczór na Hungaroringu odbyło się spotkanie kierowców z arbitrami. Było to zaplanowane posiedzenie, które miało na celu podsumowanie działań w pierwszej połowie mistrzostw i wdrożenie potencjalnych poprawek. Tak się złożyło, że kilka dni wcześniej komisja podjęła dwie kontrowersyjne decyzje.

W Belgii Lewis Hamilton otrzymał karę 5 sekund za trącenie i wyeliminowanie George'a Russella tuż po starcie. Później sędziowie odpuścili konsekwencje dość agresywnego manewru Charlesa Leclerca na końcu prostej Kemmel, który skończył się kontaktem z Oscarem Piastrim.

Wydawało się, że zastosowano tu obowiązujące w tym roku łagodniejsze podejście do ścigania koło w koło. Hamilton dostał niższą karę od bazowej, a Leclerc został zwyczajnie puszczony, choć uzasadnienie mogło zastanawiać. Sędziowie stwierdzili, że Piastri nie miał tzw. prawa do przestrzeni, plus nie został trącony celowo przez rywala. 

Kierowcy chcieli porozmawiać głównie o tym drugim zajściu, jako że wjechanie na czyjąś linię wyścigową i trącenie go, niezależnie od prawa do przestrzeni czy obecności tarki, może być po prostu niebezpieczne, szczególnie na końcu długiej prostej i przy dużej prędkości lub w strefie hamowania. 

W piątek dowiedzieliśmy się, że ocena jednego z tych incydentów dziś jest już inna. Jak podało The Race, arbitrzy zgodzili się, że Leclerc powinien był otrzymać +5 sekund. Monakijczyk próbował się trochę bronić, ale zrozumiał, że nie pojechał wyjątkowo grzecznie i mógł przekroczyć granicę dopuszczalnej agresji. 

Co ciekawe, sami zawodnicy mieli natomiast zgodzić się z oceną walki Hamiltona i Russella na pierwszym okrążeniu. Jak przekazał David Croft podczas transmisji Sky/F1TV, stawka uznała, że tego typu kontakt zasługiwał na lekką karę. Sami uczestnicy w Belgii mieli inne zdanie i twierdzili, że był to zwykły incydent.

Hamilton, podobnie jak Alonso, Stroll, Perez i Bottas, nie pojawił się na wczorajszej odprawie.