Nadchodzący wyścig odbędzie się na torze Imola – obiekcie, którego nazwa znaczy więcej niż nadany w 2020 roku promocyjny tytuł Grand Prix Emilii-Romanii. Tor większości kibiców jednoznacznie kojarzy się z San Marino, choć tak naprawdę mieści się we Włoszech. Gdzie leży geneza zamieszania i czy narodowe Grand Prix mają jeszcze sens? 

Regulamin FIA Mistrzostw Świata Formuły 1 mówi, że kalendarz czempionatu składa się z wyścigów Grand Prix. Zakres nazw konkretnych rund nie jest jasno sprecyzowany. Po prostu musi być to Grand Prix, a czy będzie to Grand Prix Włoch, Niemiec czy Bydgoszczy – nie ma większego znaczenia, bo jest to wyłącznie kwestia marketingowa. Zasada jest jedna – nazwa wyścigu nie może być dwukrotnie wykorzystana w trakcie tej samej kampanii.

Organizatorzy za pośrednictwem lokalnego odpowiednika PZMot przesyłają aplikację do FIA i F1, a po zatwierdzeniu oraz omówieniu szczegółów wyścig staje się faktem – tak wygląda to praktycznie od początków istnienia królowej sportów motorowych. Skoro więc wyścig jest niejako wizytówką krajowego związku, z reguły sięgano po możliwie najbardziej prestiżowe tytuły Grand Prix. A jak najlepiej zaakcentować rangę wydarzenia i zareklamować swój kraj? Odpowiedź wydaje się oczywista. 

Rozkład jazdy Grand Prix jeszcze przed powstaniem Formuły 1 zawierał maksymalnie siedem eliminacji i żaden kraj nie gościł więcej niż jednych zawodów w trakcie sezonu. Dzięki temu rozgrywki były przejrzyste. Mieliśmy Grand Prix Włoch, Francji, Niemiec i tak dalej. Wyjątkiem były zmagania za oceanem, które gościły serię w latach 1923-1930.

Było to Indianapolis 500 - wyścig większy niż wszystkie inne, którego historia liczy już ponad 100 lat. Jednak Indy 500 zawsze było traktowane na specjalnych zasadach, nawet kiedy teoretycznie było częścią kalendarza Formuły 1 na początku drugiej połowy XX wieku. To był wyścig organizowany na tamtejszych warunkach z nieliczną europejską ekspedycją. 

Sezon 1957 miał gościć rekordową liczbę dziesięciu wyścigów. Niestety, ale międzynarodowe konflikty zbrojne mają pośredni wpływ na Formułę 1 i co jakiś czas wywołują zamieszanie - zespół Haasa coś o tym wie.

Pod koniec 1956 roku miał miejsce kryzys sueski, którego pokłosiem były szybujące ceny surowców - szczególnie oleju i ropy. To spowodowało, że Belgowie, Holendrzy i Hiszpanie wycofali się z organizacji swoich wyścigów. Ostatecznie udało się dopiąć tylko jedno zastępstwo, ale za to jakie! Przedostatnia runda mistrzostw miała miejsce na najdłuższym obiekcie w historii serii - legendarnej 25,5 kilometrowej pętli wokół włoskiej Pescary.  

Był to pierwszy przypadek, aby dany kraj organizował więcej niż jeden wyścig w danym sezonie. Grand Prix Włoch było zarezerwowane dla Monzy, dlatego nowe zmagania potrzebowały nowej nazwy. Oczywistym wyborem okazało się Grand Prix Pescary. Miasto było powszechnie znane w branży - w  końcu na drogowym obiekcie od lat odbywały się kultowe Circuito di Pescara, gdzie triumfy święcili między innymi wielki Juan Manuel Fangio, José Froilán González czy Mike Hawthorn.  

Wyjątkowe GP Pescary wygrał Stirling Moss. Nigdy później nie zdecydowano się na powrót do tego miejsca, ale samo wydarzenie zapisało się na stałe w historii jako runda zorganizowana na najdłuższej i być może najbardziej szalonej trasie w Formule 1. 

Amerykański zawrót głowy 

Formuła 1 w początkowych latach była silnie osadzona w Europie. To jeszcze nie były czasy powszechnej globalizacji czy ogólnoświatowych korporacji. Podróże z kraju do kraju do krótkich nie należały - zresztą do najtańszych również nie. Z tego powodu kalendarz był wąski i opierał się na krajach Starego Kontynentu.

Teoretycznie Stany Zjednoczone od początku towarzyszyły serii - dzięki wspomnianym wcześniej rundom Indianapolis 500 - ale faktycznie dopiero pierwsze Grand Prix Stanów Zjednoczonych na torze Sebring w 1959 roku stanowiło pełnoprawną rundę mistrzostw. 

Rok później wyścig został rozegrany na kalifornijskim Riverside, aż ostatecznie od 1961 roku domem flagowego wyścigu Jankesów na wiele lat zostało Watkins Glen. Niedługo seria zawitała do Meksyku, potem także do Kanady. Kalendarz mistrzostw sukcesywnie rozszerzano. Już z początkiem lat siedemdziesiątych sezon nie liczył maksymalnie dziesięć rund, jak bywało wcześniej, lecz blisko piętnaście. 

Pojawiły się plany na dodanie kolejnego wyścigu w Stanach Zjednoczonych. Watkins Glen cieszyło się dużym zainteresowaniem oraz silną pozycją, ale na próżno było tam szukać splendoru – to w końcu obiekt położony trochę pośrodku niczego. Amerykanie chcieli swoje Monako, więc stworzyli tor wyścigowy na ulicach Long Beach, który zawitał do serii w 1976 roku pod nieco dziwaczną nazwą United States Grand Prix West.  

Skoro mieliśmy “zachodni" wyścig, to musiał też być “wschodni” tak? Otóż nie. Choć geograficzne położenie obu torów aż krzyczało o takie rozwiązanie, tak Watkins Glen nadal gościło po prostu Grand Prix Stanów Zjednoczonych, czyli bez wschodniej łatki. 

Watkins Glen pożegnało się z Formułą 1 wraz z końcem sezonu 1980. Jednak najlepsze dopiero przed nami, bo w 1981 roku ponownie miały miejsce dwie rundy w Stanach Zjednoczonych. Sezon zainaugurowano w Long Beach, za to finał miał skupiać całe złoto świata - wybrano Las Vegas. Runda miała przebiegać pod jednym z najbardziej ikonicznych hoteli na świecie - mianowicie Ceasars Palace. Takie też imię nadano wyścigowi. Prestiżowy finał przypadł Ceasars Palace Grand Prix. 

Tamten tor stał się po latach synonimem partactwa – ściganiem na rozżarzonym parkingu po nudnej i powtarzalnej pętli. Formuła 1 wycofała się względnie szybko z ambitnego “cesarskiego” projektu, ale romans ze Stanami Zjednoczonymi trwał w najlepsze. Krótko potem pojawiły się uliczne rundy w Dallas i Detroit, które, uwaga uwaga, zostały nazwane odpowiednio Dallas i Detroit Grand Prix.

Przez dekadę prób podbicia Ameryki Formuła 1 całkowicie zerwała z tradycją. Przez ten czas mieliśmy US Grand Prix West, Ceasars Palace, Detroit, Dallas, ale stricte Grand Prix Stanów Zjednoczonych od porzucenia Watkins Glen nie pojawiło się aż do 1989 roku i wyścigu w Phoenix. 

To już moje kolejne Grand Prix, w tym trzecie pod inną nazwą 

Jednocześnie do zamieszania w Ameryce miało miejsce zamieszanie w Europie. O ile wyścigi w Stanach Zjednoczonych toczyły się głównie na ulicach dużych miast, tak na Starym Kontynencie popularniejsze były tradycyjne obiekty wyścigowe w małych miejscowościach. To nie pomagało w znalezieniu marketingowej nazwy wydarzenia. Trzeba było posiłkować się licencjami zagranicznych związków motorowych.  

Wszystko zaczęło się w 1980 roku, kiedy Grand Prix Włoch po raz pierwszy i ostatni zostało zorganizowane na torze innym niż Monza, gdzie wtedy znajdował się plac budowy. W zastępstwie pojawiła się Imola, która rok później, już po powrocie Monzy do kalendarza, wyrażała chęć do organizacji kolejnych wyścigów. Włodarze toru odezwali się do związku motorowego San Marino, kraju oddalonego około 100 kilometrów od obiektu.

FIA zaakceptowała projekt i od 1981 roku aż do 2006 roku Grand Prix San Marino gościło Formułę 1, niechlubnie przechodząc do historii jako gospodarz tragicznego majowego weekendu z 1994 roku, kiedy zginęli Roland Ratzenberger i Ayrton Senna.

Imola wróciła do Formuły 1 w 2020 roku, lecz tym razem pod szyldem Emilii-Romanii - regionu administracyjnego, wewnątrz którego mieści się obiekt. W 2021 roku nazwa wyścigu ponownie była głośnym tematem rozmów, bowiem jej pełna wersja była szersza od szczęki Davida Coultharda i brzmiała - Formula 1 Pirelli Gran Premio del Made in Italy e dell'Emilia Romagna 2021. Jeden tor, a cyrku co nie miara. 

Tu nie wolno się ścigać!

Popularność Formuły 1 w danym kraju nie jest stała - w dużej mierze zależy ona od sukcesów rodzimych reprezentantów. Francuskie Renault zadebiutowało w F1 w 1977 roku wraz ze swoim rewolucyjnym Renault RS01, posiadającym silnik z turbodoładowaniem. Na fali był także zespół Ligiera. Niedługo później pojawiła się rzesza utalentowanych francuskich kierowców - Prost, Pironi, Arnoux, Tambay, Depailler, Laffite, Jarier, Jabouille, aż nie sposób ich wszystkich zliczyć. 

W interesie Formuły 1 był więc drugi wyścig we Francji. Wówczas Paul Ricard naprzemiennie z Dijon organizowało Grand Prix Francji. W 1982 roku pierwszeństwo prestiżowego widowiska przypadło znanemu dzisiaj obiektowi w Le Castellet. Idąc amerykańskim tokiem myślenia - Dijon Grand Prix byłoby najlepszym rozwiązaniem, ale powiedzmy sobie szczerze - Dijon nie brzmi tak podniośle i kojarzy się wyłącznie z musztardą.  

Zdecydowano się na bardziej awangardowe i absurdalne rozwiązanie. Francuskie Dijon zostało gospodarzem Grand Prix Szwajcarii. Tak, Szwajcarii, tej Szwajcarii, w której od połowy lat pięćdziesiątych istnieje zakaz organizacji wyścigów samochodowych! Zapis jednak obowiązywał wyłącznie na terenie kraju, więc tamtejszy związek motorowy mógł zrobić to w porozumieniu z innym państwem. I tak też się stało, co dla serii było rozwiązaniem idealnym – wilk syty i owca cała.  

W praktyce był to już drugi wyścig w Dijon pod flagą kraju Helwetów - pierwszy miał miejsce 1975 roku i był rundą niemistrzowską. W 1982 roku zawody padły łupem Keke Rosberga, co było jego pierwszym w karierze i jedynym zwycięstwem w mistrzowskim sezonie. Jednocześnie było to ostatnie Grand Prix Szwajcarii, bowiem prawo w dalszym ciągu jest bardzo surowe i obecnie umożliwia jedynie ściganie elektrykami, co wykorzystała Formuła E organizując ePrix Zurychu w 2018 roku.

Słowo wytrych 

Organizowanie kilku wyścigów w danym kraju na przestrzeni jednego sezonu stało się regularną praktyką. Posiłkowanie się cudzymi związkami motorowymi wprowadzało niemały zamęt - potrzebny był tytuł wszechstronny. Przedostatnia runda sezonu 1983 miała się odbyć w Nowym Jorku, ale z jakiegoś powodu nigdy do tego nie doszło.  

Wyścig przeniesiono na tor Brands Hatch, który w przeszłości rotował się z Silverstone w organizacji Grand Prix Wielkiej Brytanii. Tym razem nie wykorzystano licencji irlandzkiej, angielskiej, czy jakiegokolwiek hrabstwa brytyjskiego, a postawiono na coś bardziej prestiżowego i zapomnianego. Postawiono na Grand Prix Europy - nazwy, która w przeszłości stanowiła tytuł honorowy i rokrocznie wędrowała w inne ręce. Była takim swoistym odpowiednikiem tytułu Europejskiej Stolicy Kultury. 

Grand Prix Europy stało się swego rodzaju wytrychem na upchanie każdej ponadprogramowej rundy. Z czasem przyjęła się nieoficjalna reguła, że kraj posiadający topowego kierowcę otrzymuje drugi wyścig - na tej zasadzie w czasach Roberta Kubicy i popularności Michaela Schumachera czy Fernando Alonso mieliśmy dodatkowe zawody w Niemczech czy Hiszpanii pod szyldem GP Europy.  

Przez lata organizowały je takie obiekty jak Brands Hatch, Donington, Jerez, Nürburgring, portowy tor w Walencji czy Baku – ten ostatni skorzystał raz z europejskiej aury, aby podkreślić rozwój i zachodnie aspiracje Azerbejdżanu. W latach dziewięćdziesiątych Formuła 1 planowała ekspansję na Daleki Wschód, w tym kolejne rundy w Japonii. Na wzór Europy pojawiały się zakusy na organizację Grand Prix Azji, ale akurat to upadło. Ostatecznie przystano na Grand Prix Pacyfiku, które zamiast na wodzie, odbyło się na nieciekawym torze Aida. 

Rekordzista 

Skoro wspomniany został Nürburgring, to temu wyjątkowemu miejscu należy się szczególnie wyróżnienie, bowiem obiekt ten gościł aż CZTERY różne wyścigi. Wszystko zaczęło się od Grand Prix Niemiec, które na leśnym Nordschleife było stałym punktem mistrzostw. Po feralnym wypadku Nikiego Laudy z 1976 roku tor już nigdy więcej nie znalazł się w kalendarzu F1, a wyścig powędrował w ręce Hockenheimringu.  

Kolejne zawody odbywały się już na nowym i znacznie krótszym obiekcie. Trzykrotnie na Nürburgringu miało miejsce Grand Prix Europy – pierwszy raz jeszcze w latach osiemdziesiątych, następnie już po zdobyciu mistrzostwa świata przez Michaela Schumachera.  

W 1997 roku Hiszpania otrzymała aż dwa wyścigi - główny w Hiszpanii, Europy w Jerez. Nürburgring został na lodzie, dlatego zaczerpnięto inspiracji z Imoli i za współpracą z luksemburskimi władzami powstało Grand Prix Luksemburga. Wyścig widniał w kalendarzu przez dwa lata, by od 1999 roku powrócono do GP Europy rozgrywanego na niemieckim obiekcie.  

Tor wypadał i wracał do kalendarza – ostatni powrót miał miejsce w covidowym sezonie 2020 – wtedy pod nazwą Grand Prix Eifelu, które nawiązywało do pasma górskiego w okolicznym regionie. Pomimo braku Hockenheimringu w kalendarzu Nürburgring nie mógł zorganizować Grand Prix Niemiec, ponieważ wyłączną licencję na to wydarzenie mają ci pierwsi. 

Grand Prix Niemiec, Europy, Luksemburgu czy Eifelu - oto jest pytanie... 

Wybuch pandemii Covid-19 spowodował trzęsienie ziemi w Formule 1. Zaplanowany kalendarz na sezon 2020 runął niczym domek z kart i potrzebne były liczne zastępstwa. W trakcie sezonu mieliśmy aż trzy podwójne rundy na danym obiekcie oraz trzy w samych Włoszech.

Większość z nowododanych wyścigów posiłkowało się nazwami regionów. I tak mieliśmy Grand Prix Styrii, Toskanii, Sakhiru, czy Emilii-Romanii. Absolutnym wyjątkiem była druga runda na Silverstone, która została nazwana na cześć siedemdziesiątych urodzin Formuły 1 – 70th Anniversary Grand Prix. 

Państwa - miasta 

Obecnie w Formule 1 jest coraz więcej miast niż państw. W 2021 roku nie odbyły się Grand Prix Meksyku i Brazylii, lecz odpowiednio Miasta Meksyk i Sao Paulo. Władze wyścigów w obu przypadkach podkreślały lokalną pomoc, bez której organizacja wydarzeń nie miałaby miejsca.  

Wydawać się to może dziwne, ale często zapominamy, że finałową rundą sezonu nie jest Grand Prix Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a Grand Prix Abu Zabi. Swoją drogą ZEA są szczególnym krajem, gdyż pomimo obecności Yas Mariny w kalendarzu już przeszło dekadę swojego wyścigu nigdy nie otrzymały. 

Coraz mniejsze przywiązanie do tradycji wprowadziło statystyczny chaos. W trakcie okrążenia rozgrzewkowego realizator lubi nas częstować listami ostatnich zwycięzców wyścigów lub kwalifikacji. Problem w tym, że podczas Grand Prix Austrii lista nie będzie uwzględniać zwycięzców z Grand Prix Styrii, a przecież wszystko miało miejsce na dokładnie tym samym obiekcie! Mówiąc o przeszłości poszczególnych wyścigów, łatwo pominąć pewne wydarzenia – w końcu historia Grand Prix Stanów Zjednoczonych obejmuje tylko połowę zawodów tam rozgrywanych. 

W najbliższą niedzielę Formuła 1 nie będzie oznaczać twitterowych wpisów #EmiliaRomagnaGP, a #ImolaGP – wiadomo, ograniczenia w liczbie znaków, ale z drugiej strony Imola mówi więcej niż Emilia-Romania. Choć Monza jest jednoznaczna z Grand Prix Włoch, tak czy Grand Prix Monzy nie miałoby równie dużego prestiżu? 

Należy więc zadać pytanie – czy przyszłością serii są regionalne Grand Prix? Formuła E od lat korzysta z “miastowego” patentu i jest on bardziej przejrzysty. Skoro w przyszłości mamy mieć GP Miami, GP Las Vegas, to czy nie lepiej przeobrazić GP Stanów Zjednoczonych na torze COTA w GP Teksasu? 

Kraje często zmieniają gospodarzy wyścigów - Arabię Saudyjską wkrótce może czekać przeprowadzka z Dżuddy do Rijadu na roboczo nazwany tor Qiddiya, za to jeszcze niedawno pewne Grand Prix Rosji miało się wynieść z Soczi na tor Igora Drive pod Sankt Petersburgiem. W takich przypadkach sporządzanie statystyk dla wyścigu jest delikatnie mówiąc mało sensowne, więc lepszym wyborem wydaje się podział dla każdego toru. 

Nawet tak jednoznacznie kojarzony z Kanadą tor w Montrealu nie był jedynym gospodarzem GP Kanady, tak jak Spa-Francorchamps nie gościło wszystkich GP Belgii. Skoro więc obserwujemy coraz więcej miast wyścigów, to czy stałe pozycje w kalendarzu również powinny przejść zmianę? GP Wielkiej Brytanii czy GP Silverstone? GP Hiszpanii czy GP Barcelony? Czy może GP Suzuki zamiast GP Japonii? Odpowiedź zostawiam Wam.