Po ponad 2 latach przerwy wróciłem do padoku Formuły 1. Pierwszy dzień na torze był niby spokojny, ale nie do końca przypominał coś, czemu odebrano status dnia mediowego.

W Imoli pojawiłem się wcześnie rano, koło 8:00, by odebrać akredytację. Wczoraj nie było to możliwe, ponieważ po prostu nie dotarły one z powodu jakichś opóźnień transportowych, o których szybko poinformowała nas FIA.

Dziś poszło bez problemów, a potem - dość przypadkowo - wraz z grupą włoskich fotografów Reutersa udałem się na obiekt. Wymagane tu jeszcze maseczki, deszcz i moje okulary nie były najlepszym połączeniem, co sprawiło, że sięgnąłem po soczewki kontaktowe. Miała być bella Italia, a jest grande szarówa.

GP Emilii-Romanii, Grzegorz Jazienicki

Na miejscu prawie wszystko było okej. Prawie, poza jednym ochroniarzem, którego oburzyło, że to akurat moje buty zaszczyciły swoją obecnością dywan na wejściu do biura prasowego. Potem oczywiście służył on wszystkim, ale uwagę zwrócono mnie. Okej, spoko.

Padok nie wydawał się specjalnie inny niż w 2019 i 2020 roku. Ludzie po prostu przychodzili do pracy albo ją wykonywali. Tyle. Tu szedł Mike Krack, tam Mattia Binotto, dalej Sergio Perez. Wszyscy, poza panem dywaniarzem, byli dość mili.

Ten dzień miał być taki… nijaki. Czwartki nie mają już statusu media day, w zasadzie nie wiadomo, czy są, czy też ich nie ma. Zaplanowane rozmowy miał tylko Haas, a reszta po prostu była, bo była. W teorii.

Przed wyjazdem nie byłem nawet pewien, czy tor będzie w pełni otwarty, no bo po co. Nie było nawet bufetu dla mediów, ale dzień nie był szczególnie nudny. Tu ogłoszono przedłużenie Sainza, tu on razem z Leclerciem jeździli po torze sportowymi Ferrari. Wykonano spacery, testy samochodu medycznego i „tego wolnego” Astona Martina, choć to akurat normalna sprawa. Później jeździły też 3 Alfy, a na prostej startowej pojawili się Bottas i Zhou.

Odbyło się także kilka sesji dla mediów. Ile? Trudno powiedzieć, bo komunikacja była średnia, przez co po fakcie dowiedziałem się o 10-minutowej rozmowie z kierowcami Ferrari. Na szczęście zaplanowany był jeszcze Haas i to w komplecie - Magnussen, Schumacher i Steiner.

Oprócz tego miejsce miały też wywiady indywidualne. Tu telewizje, tu media pisane. Nie przypominało to totalnego przesunięcia dnia dla mediów na piątek. Dlatego wcale nie zaskoczyło mnie, gdy Erik van Haaren napisał, że GPDA sprzeciwiło się nowemu formatowi.

Gdy wszystko było po staremu, kierowcy rozmawiali z nami w czwartki, a w piątki krótko, po sesjach. Teraz wielu z nich wykonało trochę pracy dziś, a jutro uczyni to ponownie, podczas 2h konferencji, rozbitej na kilka grup. My też wolelibyśmy wykonać tyle samo roboty w 2 dni, zamiast dziś zrobić troszkę, a jutro nie wiedzieć, w co włożyć ręce. Większość i tak nie skorzystała ze skróconego weekendu.

Jutro mogą być wrotki, bo dziać będzie się naprawdę sporo. Konfy, poprawki, show and tell, trening, kwalifikacje, rozmowy po czasówce. Będzie bolało, ale będzie ciekawie. Co nie znaczy, że dziś się obijałem.

Poza kilkoma spacerami po padoku pochodziłem też wokół niego. Udało się znaleźć Ferrari z numerem 16 i dotrzeć pod pomnik Ayrtona Senny, który jest od wewnętrznej Tamburello i można do niego dojść prosto z ulicy, bez żadnych przepustek.

Spacerując po pit lane, zauważyć można było głównie mechaników, którzy pracowali nad rozbrojonymi samochodami. Niektórzy wystawili trochę więcej części, inni nic. Było spokojnie. Wokół przejeżdżały dwa Ferrari. Nie mam pojęcia, ile miały na prostej, ale szły naprawdę blisko pit wall, co sprawiało, że stanie tam miało w sobie coś fajnego.

W padoku złapałem także ludzi z Formula Medicine. Dowiedziałem się, jak wygląda ich dzień i praca na miejscu. Później przez 35 minut w motorhome’ie DHL porozmawiałem z dr Riccardo Ceccarellim - i na to czekałem najbardziej. Jest świetnym rozmówcą. Zada się mu króciutkie pytanie, a on sam leci z tematem przez bite kilka minut.

Wyjdzie z tego ciekawy materiał o unikalności motorsportu i podejściu kierowców, którzy myślą zupełnie inaczej niż wszyscy inni sportowcy. Trudno to pojąć, szczególnie jeśli trenowało się coś innego, jak ja czy dr Ceccarelli, ale właśnie to czyni tę dyscyplinę wyjątkową.

Trzy kwadranse spędzone w Haasie przyniosły przede wszystkim fajne wypowiedzi Gunthera Steinera. Wróciła kwestia przytulania wszystkich w padoku, przytulania wybitnie bliskiego, powiedzianego z użyciem angielskiego słowa na „f”.

Poza tym Włoch był pytany także o kwestie sponsorskie, nie tylko o Uralkali, ale też podejście do przyszłych partnerów, które uległo pewnej zmianie.

- Nie chcę tego komentować. To kwestia prawna, a ja szanuję poufność i tak powinno być. Nie chcę wyjść i mówić publicznie, że ktoś coś powiedział, co jest prawdą, co nie. Nie jestem w pozycji… Nie chcę być w pozycji, w której publicznie komentuję kwestie prawne byłego sponsora.

- Nie wiem - powiedział, pytany o to, czy sprawa pójdzie do sądu, wskazując jednocześnie żartobliwie na dziennikarza Motorsportu, który podał informację o przepychance z Uralkali.

- To nie jest łatwa sytuacja przy tych sankcjach - ocenił możliwość dostania pieniędzy od Rosjan. - Zajmują się tym dobrzy prawnicy, a to robota na pełen etat.

- Zawsze szukamy sponsorów i jest sporo ruchu, ale nie chcemy od razu rzucać się na nowego. Musimy rozeznać się i podjąć decyzję. Nasze położenie jest bezpieczne, więc nie musimy się spieszyć, choć być może będziemy tego żałować za 6 miesięcy.

Haas, GP Emilii-Romanii

- Czekamy na najlepszy pakiet. To połączenie kilku rzeczy, najlepszego sponsora i nierobienia czegoś od razu. Czasem trzeba zamknąć coś w 2 tygodnie, ale czasem lepiej zaczekać, poznać tych ludzi. Jeśli ktoś pokazuje zainteresowanie, może zaczekać kilka miesięcy.

- Nie ma pośpiechu. Nie musimy tego zrobić. Ogłosiliśmy tu małego sponsora [TransferMate] i nachodzą inni, ale wszystko zajmuje trochę czasu. Bez pośpiechu. Jeśli jednak masz kasę, zapraszam Cię pośpiesznie do mnie. Zawsze potrzeba pieniędzy, bo to biznes, a nie maszyna do ich marnowania. Skupiamy się, by zespół był dobry sportowo i komercyjnie.

- Nowy dyrektor marketingu dołączył do nas w styczniu i jednym z jego zadań jest zbudowanie procesu, który sprawi, że takie błędy nie zostaną już popełnione - zakończył, dopytany o to, czy dwukrotne „sparzenie się" odbiło się jakoś na funkcjonowaniu ekipy.