Może i nikt nie pytał, może to ja dzwonię, ale trudno uciec od porównywania Monako i Baku, szczególnie gdy było się w jednym miejscu, po czym przeskoczyło się do drugiego. Nie robię tego zresztą sam - tu i tam panuje poczucie, że ludzie oczekują od księstwa czegoś więcej. Szczególnie gdy w Azerbejdżanie serwis jest pięciogwiazdkowy.

W zasadzie mógłbym tu wkleić fragment poprzedniego tekstu z pierwszymi wrażeniami, tego o magii Monako. Też miałem problemy z przepustką, zresztą nie tylko ja, co robi się powoli obrzydliwie skandaliczne, bo utrudnia się ludziom wykonywanie roboty przez podstawowe niedopatrzenia. Znów najgorsze w tym wszystkim jest to, że osoby, do których się udajemy, nie mogą nic zrobić, bo zajmuje się tym ktoś inny.

Plus jest jednak taki, że wejście do padoku nie było mi potrzebne przez pierwsze kilka godzin w stolicy Azerbejdżanu. Organizatorzy popisali się tak dobrą obsługą, że aż trudno to opisać. No to może po kolei.

Najpierw otrzymaliśmy darmowy transport taksówką z lotniska. To samo w sobie jest aż... przesadą. Po prostu nie oczekuje się takiej pomocy, ale to niezwykle miłe. Po przylocie czekali więc sympatyczni ludzie z kartkami Sz. P. Szakal, pomagający nam we wszystkim.

Rano zorganizowano wycieczkę do dawnej świątyni i miejsca, w którym ziemia non stop wyrzuca ogień. Podczas podróży można było zobaczyć kontrast pomiędzy niezwykłym i łączącym różne kultury Baku a peryferiami, gdzie zegar stanął jakieś 30 lat temu. Tam natknęliśmy się także na poważniejsze nawiązania do wojny w Górskim Karabachu.

Następnie nakarmiono nas lokalnymi specjałami, było ich chyba ze 20, do wyboru, do koloru i pod korek. A to jeszcze nie jest koniec, bo w biurze prasowym dostaliśmy fajny pakiet powitalny z paroma fantami, a także zaproszenie na wieczorne tankowanie do pełna w ramach imprezy otwierającej weekend. Jest też co zjeść i czego się napić nie tylko wieczorem, ale tak ogólnie, w każdej chwili. Krótko mówiąc - standard ponad stan, przewyższający podstawowe potrzeby mediów.

No dobra, ale po co to wszystko? Przecież nawet nie liczę, że ktoś zrobi dla mnie aż tyle. Dajcie akredytację, pozwólcie nie umrzeć z głodu i będzie dobrze. Trawa nie musi być bardziej zielona, a krzesła wygodniejsze (choć akurat są!). Byłem ciekawy, więc popytałem, a na szczęście okazji do tego nie brakowało.

W trakcie wyjazdu, tzw. media touru, obecne były różne osoby, w tym te zajmujące się promocją wyścigów Formuły 1. Takich organizacji w sporcie jest kilka i różne działają w różny sposób. Czasem uczą jakiś nowy kraj przez kilka lat, a po np. 5 edycjach zostawiają go samemu sobie. Innym razem odpowiadają tylko za komunikację, a w paru miejscach robią praktycznie wszystko. Zatrudnia się je w zależności od potrzeb danego Grand Prix.

W naszych rozmowach niewymuszonych nawiązań do minionej i zagrożonej rundy nie brakowało. Brakowało żalu z powodu potencjalnego rocznego rozstania. Jest takie poczucie, że policzek na otrzeźwienie może się tam komuś przydać. I chociaż argumenty nie różniły się od tego, co dało się przeczytać już wcześniej, tak w tym przypadku pochodziły one od ludzi, którzy doświadczyli, dotykali tego, a także mieli bezpośrednie porównanie, lepsze niż moje po pojedynczych wizytach.

Wizyta w Baku podkreśla problemy... GP Monako

To samo w sobie było wymowne. Komentarze wskazywały, że problem jest poważny. Monako ma się za wyścig premium i jasne, w paru aspektach takim jest, ale Baku - pewnie nie tylko - funkcjonuje jak premium. Taka subtelna różnica. I nie chodzi tylko o to, by napchać kogoś, zalać zimną kolką i doładować browarkiem. Jasne, że zależy im, by media coś pochwaliły, ale czemu mają tego nie robić, skoro jest co? Mechanizm jest bardzo prosty - jeśli będziemy dobrzy, będą o nas dobrze mówić. I mówią wszyscy - w biurze, w padoku, w alei, a później w internecie.

Spójrzcie na to inaczej. Oczywiste jest, że głodni i wymęczeni ludzie chętniej napiszą o problemach sprawców swojego upodlenia niż kogoś, kto był po prostu przemiły. Jeśli wszędzie indziej pracuje się lepiej, ktoś w końcu zacznie mieć dość. To też nie tak, że wszyscy uwzięli się na to Monako i ciągle o nim gadają. Po prostu to dość gorący temat w obliczu plotek o braku tego wyścigu w kalendarzu, plus sam kontrast między działaniami ACM a Baku City Circuit jest na tyle duży, że naturalnie się o nim wspomina.

Ludzie od promocji tłumaczyli też, że powody tych rozbieżności są wielowarstwowe. Oni widzą, co się teraz dzieje i dlaczego. Przygotowali całą strategię na to, by można było polecić nie tylko wyścig na ciekawym torze i w fajnym mieście, ale też obejrzeć coś poza nim. Wiedzieli, ile przeciętny kibic wie o promującym się przez F1 kraju i chcieli zmienić także to, sprawić, byśmy mieli podstawę do napisania, że Baku jest warte uwagi, ale tereny poza jego granicami również.

Inna sprawa, że mieli takie możliwości, co uczciwie przyznawali. Wsparcie rządowe i duży budżet robią swoje. Europejskim rundom ponoć - tak mówili - zależy na czymś innym. Te dalsze mają odmienne plany i starają się dopinać wszystko, bo w prosty sposób kupują sobie pozytywne opinie i promocję czegoś, czego wielu ludzi nadal nie zna. I nawet jeśli nikt nie oczekuje od nich aż takiego poziomu, to przynajmniej ci promotorzy wymagają go sami od siebie.

Wizyta w Baku podkreśla problemy... GP Monako

Ostatecznie to biznes, który ktoś chce robić dobrze, bo pompuje ogromne pieniądze, realizując konkretne cele marketingowe. Jeśli jakiś kraj tego nie potrzebuje, bo jest powszechnie znany i lubiany, często odwiedzany, naturalnie będzie miał inne priorytety. Niby zrozumiałe, ale efekt tego jest taki, iż pokazało się ludziom, że może być lepiej. Jak ktoś odstaje, po prostu będzie za to obrywał.

Czwartek, choć sportowo znowu nijaki, nawet bardziej taki... przygodowy, turystyczny, był dobrą okazją na poznanie innego aspektu królowej motorsportu. Łatwo o tym zapomnieć, ale to też część Formuły 1, niezwykle ważna część, która - jak w przypadku Monako - prędzej czy później może mieć przełożenie na sam sport.